advert 0:
advert:
device 1:all
device 2:all
advert final:

"Archiwista" ujawnia całą prawdę o kabarecie Tey. "Wiem więcej, niż on by chciał"

18 min. czytania
09.01.2026 08:00
Zareaguj Reakcja

Tey był jednym z kabaretów, które najmocniej wyznaczały w PRL standardy humoru. Niedawno światło dzienne ujrzała książka "Kabaret Tey. Z tyłu sceny" napisana przez jednego z byłych członków formacji, Tadeusza Osipowicza. W rozmowie z dziennikarką serwisu RadioPogoda.pl podkreślił on, że dzięki tej książce "chciał sprostować wiele rzeczy". Owe wydawnictwo, sięgające głęboko do historii Teya, nie jest jedyną gratką, jaką nasz rozmówca ma dla fanów kultowego kabaretu Zenona Laskowika. 

Ujawnia prawdę o kabarecie Tey w nowej książce. "Pytali, co się stało, że Zenek pokłócił się z Bohdanem"
fot. archiwum Tadeusza Osipowicza
  • Przez kilka lat, na przełomie lat 70. i 80., w kabarecie Tey obok Zenona Laskowika i Bohdana Smolenia występował Tadeusz Osipowicz.
  • To on napisał niedawno książkę "Kabaret Tey. Z tyłu sceny", która zdradza kulisy działania nie tylko kabaretu, ale także m.in. cenzury PRL.
  • O tym wydawnictwie Osipowicz opowiedział teraz w wywiadzie dla RadioPogoda.pl

Tey, który funkcjonował w latach 70. i latach 80., jest zawsze wymieniany w gronie najbardziej legendarnych polskich kabaretów. Przez cały czas jego motorem napędowym był Zenon Laskowik, jednak w składzie na przestrzeni lat przewinęło się też wielu innych cenionych artystów – np. Krzysztof Jaślar, Aleksander Gołębiowski, Janusz Rewiński, Rudi Schuberth, Bohdan Smoleń czy Tadeusz Osipowicz.

Rozwiąż quiz o kabarecie Tey i Kabarecie Straszych Panów. Jesteś mistrzem, jeśli zgarniesz 100 proc. punktów! Dalszą część artykułu znajdziesz pod quizem...

Quiz: Quiz. Kabaret Tey czy Starszych Panów? Jeśli to pamiętasz, jesteś geniuszem!

1/15 Zenon Laskowik, Krzysztof Jaślar oraz Aleksander Gołębiowski to założyciele:

Ostatni z nich przyznał w rozmowie z naszym serwisem, że zawsze był nazywany przez Laskowika "archiwistą". Nie dziwne więc, że w końcu znalazł czas (na co dzień od dekad jest lekarzem w Waszyngtonie), żeby napisać i wydać obszerną książkę-album na temat Teya.

Wydawnictwo to jest pełne bogatych opisów twórczości i działalności, ciekawych anegdot, wyjątkowych zdjęć, skanów zapisków i dokumentów oraz kodów QR, dzięki którym w mig można się przenieść z powrotem do skeczów Teya – w tym do świata pani Pelagii i jej bombek.

Czym "Kabaret Tey. Z tyłu sceny" różni się od innych książek nt. słynnej poznańskiej formacji? Co dokładnie ma "sprostować" w kontekście historii kabaretu? Jakie nagrania z występów Teya posiada Tadeusz Osipowicz? Jak wygląda proces ich odrestaurowywania? Tego wszystkiego dowiecie się z rozmowy wspomnianego artysty kabaretowego z dziennikarką serwisu RadioPogoda.pl.

Redakcja poleca

Wyjątkowe nagrania z występów Teya, których nie ma nikt inny

Wioleta Wasylów, dziennikarka serwisu RadioPogoda.pl: Za chwilę przejdziemy do książki. Najpierw jednak chciałam zapytać o bazę nagrań z występów Teya, którą dzieli się Pan w sieci. Jak bogate jest Pana archiwum?

Tadeusz Osipowicz: Mam około 160 piosenek Teya, ale nad niektórymi trzeba jeszcze trochę popracować. No i mam wszystkie 10 programów kabaretu. Te sprzed 1980 r. to były tylko nagrania audio, bo wtedy nikt nie miał jak kręcić. Zarejestrowałem je na swoich magnetofonach: na początku była Vesna 2, potem ZK 120 i 140, później miałem Studery – dobre zachodnioniemieckie magnetofony.

Na początku lat 80. kupiłem wideokamerę, która kosztowała tyle co duży Fiat w Pewexie. Ludzie pukali się w głowę, ale potem wycinki z moich nagrań były użyte np. w filmie o Bohdanie Smoleniu – "W cieniu sceny" Ksawerego Szczepanika. Nikt tego nie miał poza mną, bo Zenek Laskowik zabraniał telewizji kręcić swoje programy. TVP miała tylko "S tyłu sklepu" z festiwalu w Opolu i dlatego puszczała to na okrągło, aż do znudzenia.

Mnie chyba jako jedynemu pozwalał nagrywać od początku audio na występach, a od 1981 r. – jak miałem już kamerę – także wideo. Po występie we Wrocławiu z programem "Szlaban" Zenek mógł zobaczyć dzięki tym nagraniom wszystko z pozycji widza i powiedzieć: "Aha, ty wyjdź wcześniej tutaj, a ty musisz przejść do tego mikrofonu szybciej". Na bazie tego, co oglądaliśmy, mogliśmy zrobić korektę.

Tadeusz Osipowicz i Zenon Laskowik w programie "Szlaban"
Tadeusz Osipowicz i Zenon Laskowik w programie "Szlaban"
fot. archiwum prywatne Tadeusza Osipowicza

W książce pisał Pan, że nagrywał Pan już od pierwszego programu kabaretu Tey w 1971 r., ale wtedy miał Pan kilkanaście lat i nie był Pan jeszcze w kabarecie. Jak więc do tego doszło?

Miałem prawie 17 lat. Nagrywałem, ale Zenek nie wiedział, że miałem wejście do konsoli i podłączałem do niej mój magnetofon. Miałem je dzięki Mietkowi Karalusowi, realizatorowi dźwięku Teya. Zenka zacząłem poznawać lepiej dopiero parę lat później podczas różnych festiwali studenckich, a do kabaretu dołączyłem oficjalnie w 1980 r.

Czy po tym, jak przeprowadził się Pan do USA w 1983 r., resztę programów Teya nakręcił dla Pana ktoś inny? Jak to wyglądało?

Nie, sam to robiłem, kiedy byłem w odwiedzinach w Polsce i przyjeżdżałem do Poznania. Zenek zawsze mi pozwalał, bo wiedział, że nie robię tego dla pieniędzy, nie będę tego rozpowszechniał na lewo i nie będę mówił o tym, co dzieje się w kabarecie, żadnym służbom. Ufał mi, bo wcześniej codziennie jeździliśmy razem po różnych częściach Polski i zdążyliśmy się dobrze poznać. On moich rodziców bardzo dobrze znał, a jego rodzice byli bardzo gościnni dla mnie. To ta słynna gościnność – on urodził się w moich okolicach, ok. 120 km od Wilna.

Tak kultowe skecze kabaretu znowu nabierają życia

Wspominał Pan, że nad niektórymi utworami trzeba jeszcze trochę popracować. Co dokładnie miał Pan na myśli i ile ze wspomnianych wcześniej 160 piosenek jest już obrobionych?

Może połowa. Znaczy one wszystkie brzmią ok, ale żeby zrobić każdą piosenkę tak, jak chcesz, to musisz wydzielić instrumenty, coś dać głośniej, coś trochę ściszyć, zremasterować itd. Mój syn Conrad bardzo mi pomaga i poświęcił bardzo dużo czasu na pracę nad audio i wideo oraz na mastering w swoim studiu Blue Room Productions.

Ile średnio zajmuje obrabianie jednego utworu? Jak wygląda ten proces?

Wczoraj spędziliśmy 2 h nad piosenką "Pieniążki" z programu "Przedszkole", którą Zenon Laskowik napisał dla Bohdana Smolenia. Audio było z innego występu niż wideo. Dźwięk był nagrany w analogowej wersji na taśmach magnetofonu szpulowego. Najpierw jednak trzeba je wstawić do piekarnika ustawionego 56 stopni na 24 h, bo klej na taśmach BASF był bardzo higroskopijny. Jeśli puścisz te taśmy od razu na głowice, to opiłki ferrytowe od razu zaczną się przyklejać na głowicę i nie będziesz dobrze słyszała. To będzie koniec.

Oglądaj

Jak taśmy są już wysuszone, to potem trzeba je przegrać i przerobić na wersję cyfrową. Potem ten dźwięk trzeba wyczyścić. Oddzielasz z nagrania wszystkie instrumenty. Jeden przyciszasz, inny dajesz głośniej, możesz dodać echo itd. Potem robi się korekcję, wyrównanie. Dzięki temu dźwięk jest potem wyraźny, głęboki i bogaty (no i jest w stereo, a w TVP wszystko było w mono). Później trzeba podłożyć dźwięk pod obraz tak, żeby pasował. Czasami się rozjeżdża, więc trzeba dodawać lub obcinać klatki. Trzeba to zrobić tak, żeby nie było za dużo przeskakiwania, choć całkowicie nie można go uniknąć. Tak że pracy trochę jest. Z książką tak samo.

Jeśli nie on, to kto?

Skoro już przy książce jesteśmy, skąd zrodził się u Pana pomysł na stworzenie książki "Kabaret Tey. Z tyłu sceny". Dlaczego aż tak bardzo Panu na tym zależało?

Zaczęło się od moich przyjazdów, rozmów z przyjaciółmi, z kolegami z kabaretu. Pomyślałem, że trzeba to spisać, bo to zaginie. Wielu już nie pamięta i ludzie umierają. Członkowie Teya mówili mi, że jeśli ja tego nie zrobię, to nikt tego nie zrobi, bo tutaj trzeba jeździć, wywiady robić i pieniądze wydawać. Ja akurat mogłem sobie pozwolić na to, żeby być 100 tys. dol. do tyłu, i zadbałem też o odpowiednią jakość wszystkiego – książka-album prawie 2,5 kg, papier kredowy, ponad 300 stron, świetne zdjęcia i grafiki. Andrzej Mleczko – też związany z Teyem – zrobił okładkę. Zaufał mi, że to wyjdzie dobrze, bo on do byle czego nie narysuje grafiki.

Jestem też rzetelny, cierpliwy i dałem radę wszystkie materiały pozbierać, uporządkować... Wycinki gazet czy kartki z zapiskami, tekstami prasowałem żelazkiem, żeby ładnie wyglądały. To głupota, kto miałby na to czas. Z kolei szpule po 50 latach się krzywią, podczas podróży spadną czy coś – później trzeba te 1,5 kilometra rękami przewijać, żeby potem je do piekarnika włożyć. Ludzie sobie nie zdają sprawy, ile to pracy, czasu i zaangażowania.

Oglądaj

Człowiek i tak słyszy cały czas negatywne rzeczy. Ktoś narzekał na dźwięk w "Szkole", ale bez konsoli to nagrywałem, wśród ludzi, więc nie mogłem wyciągnąć dźwięku. I tak mój syn, Conrad kupił specjalne oprogramowanie, żeby usunąć echo. To wszystko kosztuje, a krytykować jest łatwo. Pomóż, zamiast krytykować. To mnie trochę bolało, teraz już mniej. Na Facebooku, zadałem pytanie, czy wrzucać niecenzurowane wywiady z członkami Teya – bo wcześniej pojawiały się przekleństwa i ktoś się oburzył – ale wszyscy odpowiedzieli, żeby ich nie wycinać. Rozmowy z Zenkiem czy Olkiem Gołębiowskim będą więc bez cięć.

A kiedy przyszedł pomysł na samą książkę? I ile trwało kompletowanie wszystkiego?

No tak 40 lat, cały czas. Wstępy kabaretu Tey dla siebie nagrywałem. Szpule trzymałem w jednej z zamrażarek z Polaru, które dostaliśmy za występ zamiast pieniędzy. To wszystko leżało w moim garażu latami i o tym zapomniałem. Potem, przed pandemią, zaczął mi świtać pomysł na książkę i podczas COVID-u zacząłem pisać.

Kiedy archiwista Estrady Poznańskiej był poważnie chory, oni chcieli wszystkie materiały o Teyu – skrypty, teksty, notatki – wyrzucić na śmietnik historii. Powiedziałem, że je odkupię i jeszcze trochę zostanie na leki dla niego. Wywiady robiłem w różnych latach – i po rozpoczęciu pisania, i wiele lat temu (2009, 2010, 2016), jak przyjeżdżałem do Polski i przez Skype'a. Te drugie nagrywałem na wszelki wypadek.

Tym wyróżnia się "Kabaret Tey. Z tyłu sceny"

Co można znaleźć w Pana książce? Na myśl o których fragmentach i aspektach książki jest Pan najbardziej podekscytowany, że fani je zobaczą?

To mój pomysł, żeby przy opisach programów i piosenek Teya umieścić kody QR, po których zeskanowaniu możesz te nagrania obejrzeć i ich posłuchać na komputerze czy telefonie. Wszystkie programy, które były kiedykolwiek zrobione przez Teya. Tego nikt inny nie ma, TVP też nie.

Zdjęcia tak samo. Część ja zrobiłem, odkupiłem też wiele negatywów od fotografów, a niektórzy po występach po prostu zostawiali nam te zdjęcia w garderobie. Te, które wziąłem, wsadziłem do zamrażarki i tak leżały przez 45 lat. Ale zobacz, jaka jest jakość zdjęć w książce – żeby takie zrobić, trzeba było się trochę nagimnastykować. Potem jeszcze je podretuszowałem.

Bohdan Smoleń, Aleksander Gołębiowski i Zenon Laskowik
Bohdan Smoleń, Aleksander Gołębiowski i Zenon Laskowik
fot. archiwum prywatne Tadeusza Osipowicza

Z tego byłem dumny. Też z okładki i ze wszystkich zebranych materiałów i z tego, że ludzie na tyle lubili mnie, że rozmawiali ze mną szczerze. Do kogo bym nie zadzwonił, to nie było problemu. Ludzie nie mieli pamiątek, poginęły im. Mieli co najwyżej przegrany na kasetę występ "S tyłu sklepu" z Opola. To nie o to chodzi – mi chodziło o anegdoty, rarytasy z różnych okresów, w tym z tego, zanim Zenek z kabaretem stali się sławni. Jak byłem w Teyu, to on wiele historii opowiadał, a ja słuchałem. Niektóre ciekawe momenty w kabarecie przeżyłem też sam.

Dalej miałam zapytać, czym według pana ta książka wyróżnia się na tle innych książek o Teyu, ale w dużej mierze Pan na to odpowiedział... Jednak w książce wspominał Pan też o chęci bycia najbardziej obiektywnym źródłem nt. historii kabaretu...

Jak kiedyś przyjechałem po 10 latach nieobecności do Polski, to się dowiedziałem, że Zenon Laskowik jest mniej popularny niż Bohdna Smoleń, szczególnie wśród młodszych. Byłem bardzo zdziwiony, bo wiedziałem, ile dokonali jeden i drugi, ale potem przypomniałem sobie, że "nieobecni nie mają racji". Zenek po Teyu był przez 11 lat listonoszem, więc ludzie zapomnieli o nim, a Bodzio był cały czas aktywny w mediach – nawet jeśli tylko w disco polo, które nie zwiększało wartości kultury polskiej, ale był... Potem był też listonoszem w "Kiepskich"...

Tymczasem ja reprezentuję kabaret Tey. Zenek mówił, że jestem archiwistą. Dużo słuchałem. Nie piłem też alkoholu, więc coś mi w głowie zostało. Wiedziałem, co się wydarzyło w Teyu i zbierałem te wszystkie informacje. Chciałem sprostować wiele rzeczy, które "redaktorzyny" wzięli z innych książek napisanych przez osoby, które nie były w Teyu i trochę powymyślały.

"On był tylko jedną stroną w tej relacji"

Tadeusz Osipowicz: Ja pisałem na podstawie faktów. Autorzy innych książek nie występowali w kabarecie, więc nie mogą wiedzieć, jakie naprawdę były relacje na linii Laskowik-Smoleń. Coś tam usłyszeli, coś dodali. Jeżeli Bodzio miał zły dzień i chciał się pożalić, to powiedział im coś, co w tamtym momencie uważał za prawdę. Ale on był tylko jedną stroną w tej relacji. Dlatego ja zawsze zebrane przez siebie wypowiedzi dawałem do przeczytania wielu różnym osobom z kabaretu – Krzyśkowi Jaślarowi, Olkowi Gołębiowskiemu czy Zenkowi. Oglądali książkę i przed publikacją można było coś poprawić.

Malutkie poprawki były – np. napisałem z rozpędu, że jak w skeczu weszła pani striptizerka, to zapytała "gdzie są jej ubrania", a Krzysiek zauważył: "Nie no, tutaj musi być garderoba", bo "garderoba" ma potrzebne w tym skeczu podwójne znaczenie. W książce pisałem też o tym, dlaczego jeden z programów kabaretu miał tytuł "Zbiórka, czyli z rolnictwem na Tey". Myślałem, że odpowiedź Zenka była: "Bo ojciec Oli (Jurszy, która współpracowała z Teyem – przyp. red.) jest rolnikiem". Jednak tam nie było "rolnikiem", tylko "chłopem" (znowu – podwójne znaczenie). Takie poprawki były dla mnie bardzo ważne – żeby ludzie wiedzieli, że w książce jest teraz wszystko tak, jak powinno być.

Aleksander Gołębiowski, Zenon Laskowik i Janusz Rewiński w 1978 r.
Aleksander Gołębiowski, Zenon Laskowik i Janusz Rewiński w 1978 r.
fot. archiwum prywatne Tadeusza Osipowicza

Rarytasy dla fanów Teya

Jak trudne było kompletowanie różnych zapisków i dokumentów, których skany znalazły się w książce – szczególnie, że pochodzą z PRL-u?

To, co mogłem zdobyć, zdobyłem. Rodzina i znajomi wysyłali mi różne wycinki z gazet o kabarecie Tey, które trzymali jako pamiątki. Koleżanka wysłała mi listem do USA starą wizytówkę "Tadek Osipowicz – kawaler", którą dałem jej ponad 40 lat temu. Każdy wyrabiał sobie wizytówkę po studiach. Jedni pisali tam "magister", drudzy – "inżynier", a ja napisałem "kawaler" i dałem numer telefonu.

Czasami ludzie wysyłali mi skany, w tym pan Janusz, kierownik Teya za czasów "Szkoły" i "Uniwersytetu" (1984-1987). Jak przyjeżdżałem do Poznania, też mi przynosił różne stare zdjęcia i dzielił się opowieściami z tamtego okresu, które mogłem uwzględnić w książce. Tak więc mam wypowiedzi bardzo różnych osób związanych z Teyem.

Miałem też to, co było od archiwisty. Niektóre plakaty czy zaproszenia kupiłem od innych osób na Allegro (to zawsze może się przydać też później np. przy zakładaniu muzeum). Z Konina miałem za opłatą kopię scenariusza jednego z naszych występów w 1979 r. Naprawdę przeszukałem w czasie COVID-u cały Internet, ale większość materiałów sam uzbierałem. Książkę wzbogaciłem skanami różnych dokumentów. Były np. polska wiza w polskim paszporcie, jaką musiałem mieć w stanie wojennym po wylocie do USA, albo pozwolenie ze stanu wojennego, dzięki któremu w nocy po programie Teya można było iść do domu.

Redakcja poleca

Poza tymi dokumentami są też opisy, które są ciekawym źródłem wiedzy o realiach PRL, w tym o cenzurze, z którą kabaret Tey musiał "wojować".

Kiedy pisałem tę książkę, miałem nadzieję, że za 5, 10, może 20 lat otworzy ją jakaś młoda osoba jak ty. Nawet jeśli nie będzie obchodził jej sam Tey, to może zaciekawi ją wątek cenzury lub to, jak było w PRL. Mam nadzieję, że to będzie troszkę książka edukacyjna w przyszłości.

Tadeusz Osipowicz o prawdziwej historii Teya

Pisanie książki – jak Pan podkreślał – to wysiłek finansowy i fizyczny, ale emocjonalny z pewnością też. Czy przy tworzeniu książki miał Pan jakieś trudne chwile pod tym względem?

Pod względem emocjonalnym to np. selekcja zdjęć. Miałem ich, powiedzmy, 2000 i do albumu zdołałem wrzucić 400. To była rozterka wybrać te najlepsze. Przeważnie dawałem takie, żeby były związane z tekstem. Był np. fragment o tym, jak Zenek, Bodzio, Rudi Schuberth i Krzysiek Jaślar nagrywali wspomnienie o Teyu w telewizji. Bodzio był wtedy w szpitalu, ale Jaślar dostał pozwolenie, żeby wziąć go do studia. Musiał być przy nim tylko lekarz z tlenem. I w książce mamy zdjęcia Bohdana Smolenia z medykami z karetki pogotowia.

Miał Pan jakieś rozterki co do treści i sposobu przedstawienia danych sytuacji, sporów lub osób? Czy ze względu na potrzebę zachowania jak największej obiektywności ktoś był przedstawiony zbyt delikatnie lub zbyt negatywnie względem pana osobistych odczuć i sympatii?

Mógłbym np. napisać: "Ten facet to niezły ch**", ale ze względu na moją wrodzoną dyplomację, musiałem to opisać inaczej. Ta książka nie była napisana przeze mnie po to, żeby wszystkie śmieci wyrzucić – kto z kim spał i dlaczego, albo ile zarabiał. Chodziło o to, żeby działalność Teya opisać jak najlepiej i jak najobiektywniej, po rozmowach z 50 czy 60 różnymi osobami, które były w kabarecie bądź z nim współpracowały.

Tey w pierwszy latach działalności
Tey w pierwszy latach działalności
fot. archiwum prywatne Tadeusza Osipowicza

W tych rozmowach znajdowałem często potwierdzenie swoich wspomnień i obserwacji. Dużo było ciekawych historii ale bywały też napięcia. Przed występami w garderobie Zenek Laskowik często wprowadzał jakieś zmiany w scenariuszu, bo chciał, żeby kabaret Tey był jak najlepszy, a niektórzy myśleli bardziej o pieniądzach niż sztuce i np. nie chcieli się tekstów uczyć. Z drugiej strony Zenek nie rozumiał, że niektórzy muszą myśleć o nakarmieniu rodziny itd.

Więc w rozmowach potrafiły pojawiać się przekleństwa, ale czy powinienem szczegóły tego wrzucać? Chyba nie, bo chciałem skupić się na tym, że Tey był dla ludzi w PRL fajną odskocznią od trosk i źródłem śmiechu. Chciałem dobrze napisać o ludziach, o przyjaciołach, o tych momentach, o mojej młodości, ale nie dlatego, żeby się chwalić. Ta książka miała być wspomnieniem wszystkich Teyowców, nie tylko moim.

Tak przenikał się świat muzyki i kabaretu

Jeśli chodzi o muzykę, scenografię, gościnne występy – z Teyem współpracowało wiele gwiazd. Takowe też należały do kabaretu. Kto przy pisaniu książki był najbardziej pomocny?

Członkami kabaretu, których zatrudniała Estrada Poznańska, byli m.in. Zenon Laskowik, Bohdan Smoleń, Rudi Schuberth, ja, Wojtek Michalski, Hubert Szymczyński czy Zbyszek Górny. Z kolei Hanna Banaszak, Ewa Bem czy Zbigniew Wodecki co jakiś czas występowali gościnnie i śpiewali. W "S tyłu Sklepu" bardzo fajną piosenkę zaśpiewał Jasiu Kaczmarek, który był przyjacielem Teya. Był też Vox. Kiedy graliśmy na wyjeździe w Sali Kongresowej była Irena Santor. Przychodziła 15-20 minut przed swoim wejściem i stała z tyłu. Pouśmiechaliśmy się wszyscy do siebie. Różnica wieku była duża, ale jej zaangażowanie i profesjonalizm były widoczne – była gotowa do wyjścia i zaśpiewania.

Oglądaj

Przez kabaret przewijało się mnóstwo osób, które chciały nie tylko przeżyć fajną przygodę artystyczną, ale też zarobić pieniądze. Były Małgorzta Ostrowska czy Grażyna Łobaszewska, a potem poszły dalej. Drugiej z nich Estrada Poznańska zaproponowała występy z nami, kiedy była w ciąży. I tak zaliczyła chyba 300 występów, śpiewała m.in. utwór "Całkiem spokojnie wypije trzecią kawę" Jacka Cygana. Z nimi wszystkimi rozmawiałem i pytałem o wspomnienia.

Czego się Pan dowiedział? Ile z tego trafiło do książki?

Grażyna pamiętała np., że w garderobie Teya na Woźnej (tam była siedziba kabaretu – przyp. red.) mieliśmy jeden z pierwszych kantorów. Striptizerka Ola Jursza czasami zarabiała w dolarach, a potem była jak cinkciara – sprzedawała je przez okno wychodzące na Woźną. Grażyna opowiadała też, że Ola miała złote serce i raz chciała jej oddać swój sweter, kiedy ta powiedziała, że jest ładny. Każdy jakąś anegdotą rzucił, ale nie sposób było o wszystkim napisać w książce.

Książka jest o tym, co ci wszyscy ludzie wnieśli do kabaretu, jak powstawały programy, skecze. Chociaż widzisz... dużo osób z zewnątrz pytało, co się stało, że Zenek pokłócił się z Bohdanem. Czytali w innych książkach, że Bodzio nie zarabiał, jednak ja w swojej książce wyjaśniłem, że na występach zarabiał, ale tantiem nie dostawał, bo nie napisał tych piosenek, które wykonywał i nie był w ZAiKS-ie. Pod jego nazwiskiem widnieje tylko jeden tekst, "Szeptanka", która i tak powstała z dużą pomocą Jaślara. Wiem o tym, bo sam Krzysiek mi o tym powiedział.

Bohdan Smoleń
Bohdan Smoleń
fot. archiwum prywatne Tadeusza Osipowicza

Rola Zenona Laskowika

Jaki wkład w książkę miał Zenon Laskowik poza udzieleniem wywiadów? Chętnie pomagał?

On nie wiedział, co będzie w książce. Miał świadomość, że ja wiem więcej, niż on by chciał, bo kiedyś byłem z nim cały czas. Dopiero jak otrzymał książkę ode mnie, to powiedział: "Wow!". Nawet jego żonie, Oli – która początkowo była sceptyczna, bo myślała, że robię to dla zarobku – się podobała.

Podczas benefisu Zenka w Teatrze Wielkim miałem sprzedawać i podpisywać te książki. Pozwolił mi. Zatrudniłem do tego ludzi, przygotowałem różne rzeczy i przyleciałem do Polski. Podekscytowany pisałem o tym na Facebooku, bo jestem zadowolony z książki i starałem się, żeby pierwsze wydanie było pod benefis Zenka. W ostatniej chwili dostałem wiadomość od Remline, impresario Zenka, że jednak zgody nie ma. Nie powiedziano mi z kogo powodu, ale miałem swoje przypuszczenia.

To musiało być trudne...

To tak jakby ktoś przygrzał mi patelnią w głowę. Zrobiło mi się bardzo przykro, bo taką książkę zrobiłem o Teyu, żeby ludzie o nim nie zapomnieli... Robiłem też filmy i audio i nagle ktoś mi mówi coś takiego. Wtedy moi przyjaciele stwierdzili: "Tadek, spal te wszystkie książki, żeby ten kabaret w ogóle nie był rozpowszechniany, bo Ty nie masz przyjaciół w Poznaniu. Poznaniacy nie są twoimi przyjaciółmi, bo nie zauważyli twojej ciężkiej pracy, pieniędzy i czasu, które wkładałeś w to, żeby takie dzieło powstało".

Tym bardziej że nikt mnie nie zaprosił na benefis Zenona Laskowika. Ja się dowiaduję, nie mam ani biletu, ani zaproszenia. Dzień przed występem znalazł się jakiś bilet, ale skłamałem, że zmieniłem plany i wracam do domu. Trochę mi było żal, że nie mogłem rozpowszechnić książki. Tam przecież był wiceminister. Myślałem, że może ministerstwo dowie się, zobaczy książkę i coś pójdzie do przodu. Chciałem też po prostu porozmawiać z ludźmi, bo znałem wszystkich, którzy byli na scenie. Zenka widziałem dwa miesiące wcześniej.

Osipowicz o Laskowiku: "On rozumiał, że..."

Jaka była postawa samego Zenona Laskowika?

Zenek teraz nie decyduje. On już jest w swoim wieku i za niego decyzję są podejmowane przez inne osoby. Tak przynajmniej było miesiąc temu. Zenek był zawsze moim dobrym przyjacielem i do końca będę mu wdzięczny za to, że się mną zajął i dzięki niemu wiele zyskałem w życiu. Jednak niektórzy byli zazdrośni, że jestem właścicielem znaku towarowego Tey. Zenek rozumiał, że gdybym ja go nie wykupił, to zrobiłby to ktoś inny. Ja zresztą pozwalałem występować mu z kabaretem i nigdy nie oczekiwałbym, żeby płacił mi cokolwiek za występy. Po prostu byłem na tyle inteligentny, żeby kiedyś ten znak zastrzec, ale była przy tym papierologia, trzeba było zapłacić za adwokatów itd. Czy miałem jakieś plany na to? Ludzie przychodzili do mnie i chcieli to odkupić, ale ja nadal jestem właścicielem.

Tadeusz Osipowicz i Zenon Laskowik
Tadeusz Osipowicz i Zenon Laskowik
fot. archiwum prywatne Tadeusza Osipowicza

Kto jeszcze nie był zaproszony poza Panem na benefis?

Wypadałoby zaprosić wszystkich kabareciarzy. Zbyszek Górny czy Jurek Banaś kupili sobie bilety, a ja nie mogłem, bo byłem w USA, a jak już przyjechałem, to ich nie było. Było mi ciężko na duszy i musiałem wytłumaczyć ludziom, dlaczego mnie tam nie będzie. Nigdy nie miałem zamiaru robić tam kiermaszu, jak sugerowali organizatorzy wydarzenia. Przecież taka książka idealnie pasowałaby do okazji, jaką był benefis Zenka, no ale cóż... Więc tak, były momenty, które mnie zabolały.

Tak samo z książką... W całości była z kieszeni mojej i mojej żony. Dla wielu jest to trochę niezrozumiałe, że facet wydaje tyle pieniędzy, bo ja jestem jakieś 100 tys. dolarów na minusie w tym momencie. Poza materiałami audio i wideo trzeba było spotykać się z ludźmi, przeprowadzać wywiady i jeździć w tym celu do Polski, Anglii, Szwecji.

To wszystko są koszty. Ludzie nie zdają sobie sprawy, że po to, by mieć w książce takiej jakości zdjęcia, ja musiałem kupić te negatywy. Ich wyczyszczenie również kosztuje. Zrobienie składu w książce – tak samo. Za sam druk ok. 1000 egzemplarzy zapłaciłem 78 tys. zł. I nikt mi nie pomógł – ani polski rząd, ani Ministerstwo Kultury, ani Muzeum Narodowe, ani żadna firma jak np. Orlen. Jedyną firmą, która zgodziła się pomóc mi finansowo, była Hasco-Lek.

Gdzie można kupić nową książkę o Teyu?

Jak wygląda kwestia dystrybucji książki? Na stronie kabaretu pojawił się link do strony zrzutka.pl.

Nie podawałem tam konkretnej ceny za książkę. Napisałem: "stówa albo więcej". Przy okazji benefisu Zenona Laskowika przywiozłem do Poznania skarbonki, do których ludzie mogliby wrzucać pieniądze na muzeum kabaretu Tey, a ja rozdawałbym im podpisane książki... Nawet o czymś takim pomyślałem... No a teraz mogą kupić je na stronie kabarettey.pl. Tam jest odnośnik do strony zrzutka.pl, gdzie można wpłacić dowolną kwotę i otrzymać książkę.

Czy będzie też w księgarniach?

Od razu zaznaczę, że nie znam się na cenach polskich. Ja mówiłem stówę, a potem ludzie wskazywali, że mi się to nie zwróci. Jednak ja nawet nie myślałem w tych kategoriach, kiedy pisałem książkę. Chciałem po prostu, żeby poszła w Polskę. Później ludzie mówili, że powinno być co najmniej 200 zł za taki album. A jeżeli ktoś wpłaci trochę więcej – a ludzie czasami wpłacają troszkę więcej – to ja się bardzo cieszę, bo widzą, ile pracy wkładałem w tę książkę, filmy i wideo...

Oglądaj

Czy będę w przyszłości współpracował z Empikiem? Proponowałem im taką kooperację, ale ludzi to nie obchodzi, bo ja nie mam znajomości. Ale ludzie i tak zamawiali książkę na stronie przed świętami dla swoich rodziców lub dziadków. Jak jeszcze wnuczkowie nauczą swoje babcie, jak zeskanować kody QR i oglądać nagrania na telefonach, to będzie super.

Planów jest więcej

Czy poza książką i aktualizowaniem bazy nagrań z piosenkami i występami planuje Pan coś jeszcze, żeby szerzyć pamięć o kabarecie Tey?

Jak skończę obrabiać, to niedługo wrzucę na stronę  kabarettey.com dwa ostatnie brakujące programy kabaretu – "Przedszkole" i "Szlaban". Ten drugi jest najlepszy z Teya, lepszy niż "S tyłu sklepu". Chcę też zrobić co najmniej 10 płyt winylowych z piosenkami i skeczami. Do tego potrzeba masteringu, fajne koperty zrobić, zdjęcia, plakaty itd. Ale warto.

To jakościowe piosenki, bo przecież muzykę robiły duże nazwiska takie jak Zbyszek Górny czy nawet Zamachowski, który skomponował "Najlepiej nam było przed wojną". Jakość moich nagrań jest o wiele lepsza, niż byśmy włożyli to na CD. Tam częstotliwość próbkowania to tylko 44,1 kHz, a my mamy 96. Teraz człowiek może nie usłyszy dużych różnic, ale za 10 lub 20 lat ta jakość może być tak poprawiona, że będziesz to – no nie wiem – przez kości słyszała.

Zenek chciał zawsze film zrobić – na początku o Laskowiku listonoszu. Jednak jeśli w przyszłości ktoś zgodziłby się zrobić film o Teyu, nawet fabularny, to ja chętnie pomogę. Wiele rzeczy można byłoby na podstawie książki zrobić. Myślałem też o stworzeniu muzeum kabaretu Tey. Zenek bardzo by tego chciał. W pewnym momencie przypomniałem sobie, ile mam materiałów. Potem kupowałem dodatkowe rzeczy, np. scenografię wykonaną przez Jerzego Dudę-Gracza, bo pewnie by się zmarnowała.

Jak widziałby Pan takie muzeum kabaretu Tey...

Wiem, że w te filmy, które obrabiam z moim synem Conradem, będziemy mogli wejść i pośpiewać ze Smoleniem i Laskowikiem "Co to będzie, kiedy zgaśnie nasze Słońce". Zawsze sobie wyobrażałem, że muzeum będzie interaktywne, że szkoła przyjdzie, będzie mogła stać na scenie z nimi i śpiewać, słuchać ich żartów. Dlatego nie chciałbym, żeby ta jakość była zagubiona. Miałem też pomysł, żeby klasa przychodziła i miała za zadanie napisać tekst, który zostanie odrzucony przez sztuczną inteligencję odgrywającą cenzurę.

Oglądaj

Tak więc pomysłów jest dużo. Sęk w tym, że ja sam tego nie pociągnę. Mogę swoje pieniądze wkładać, a potem prezydent Poznania przyjdzie tylko przeciąć wstęgę... Ja mu wysłałem swoją książkę. Myślisz, że ktoś napisał mi potem e-maila z podziękowaniem? Nic.

Teraz mnie pan zagiął. Nie spodziewałam się czegoś takiego...

Ja właśnie zawsze myślałem, że poznaniacy coś pomogą. Byłem wiele razy na spotkaniu z wiceprezydentem. Oni mówią: "My pomożemy. Tutaj jest lista miejsc do wynajęcia". Tylko co z tego, skoro to ja muszę zadzwonić i płacić 7 czy 10 tys. miesięcznie za wynajęcie lokalu na muzeum. Ale co mam z tego? Tak się teraz żalę troszeczkę, ale myślałem, że będzie kooperacja większa.

No ale jestem zadowolony z tego, co już udało się zrobić – z bazą piosenek, występów i książką, która ukazuje kawał historii kabaretu Tey. Tego już według mnie, nie tylko według mnie, nikt nie przeskoczy. Nikt tego nie zbierze w takim wydaniu, jak ja to zrobiłem.

Źródło: RadioPogoda.pl