Tak Ewa Bem trafiła na plan "Misia". Po 5 godzinach na mrozie oblali ją błotem

5 min. czytania
04.06.2026 17:58
Zareaguj Reakcja

Ewa Bem bez filtrów - legenda polskiego jazzu opowiada o piosence, której nigdy nie polubiła, surowym dzieciństwie i przypadkach, które ukształtowały jej drogę. W szczerej rozmowie wraca do rodzinnych wspomnień, rozprawia się z mitami wokół swoich największych hitów i zdradza kulisy powstającej książki.

Uśmiechnięta kobieta z szarymi włosami trzyma bukiet kwiatów, siedząc na czerwonej kanapie.
fot. Radio Pogoda
  • Ewa Bem przyznała, że nie przepada za "Moje serce to jest muzyk", choć śpiewa tę piosenkę od lat.
  • Opowiedziała o dzieciństwie spędzanym z rodzeństwem i o śpiewaniu w tramwajach - ale nie za pieniądze.
  • Zdradziła, że powstaje książka w formie wywiadu-rzeki, choć artystce brak archiwalnych nawyków.

Ewa Bem, od lat nazywana Pierwszą Damą Polskiego Jazzu, obecna na scenie od końcówki lat 60., w rozmowie z Radiem Pogoda pokazała się z bardzo prywatnej strony. Padły wspomnienia o biednym dzieciństwie, rodzinnych śpiewach, nie do końca lubianym hicie, który artystka wykonuje od dekad, oraz o planowanej książce, do której, jak przyznała, podchodzi bez zmysłu archiwizacyjnego.

play play
replay
forward
volume volume
0:00

Wojciech Młynarski zapowiadał ją kiedyś słynnymi słowami "Warszawska Ella Fitzgerald", co tylko potwierdza jej wyjątkowe miejsce w polskiej muzyce. W rozmowie od razu wybrzmiała jednak charakterystyczna dla artystki szczerość.

Dwa wyjątkowe utwory w dyskografii Ewy Bem

Choć publiczność kojarzy ją z utworem, który stał się jednym z jej znaków rozpoznawczych, Ewa Bem nie ukrywa, że z tym numerem ma relację mocno ambiwalentną. "Jeśli chodzi o »Moje serce to jest muzyk«, to nie jest to jakaś specjalnie pozytywna pieczątka, bo ja tej piosenki w ogóle, przepraszam za wyrażenie, nie lubię" - wyznała na antenie.

Ona nie była w ogóle skomponowana dla mnie, tylko dla kogoś. […] Nie przypuszczałam, że z tego zrobi się taki hicior, że będę musiała to ciągle śpiewać i po 50 latach nadal to śpiewam. I mam z tą piosenką takie swoje fazy: raz jej tak nie lubię, że trzaska mnie, a raz sobie myślę: "Czekaj, dzisiaj dam ci szansę" - zdradziła.

W audycji wrócił też temat "Żyj kolorowo", czyli piosenki, która przez lata była odczytywana niemal jak życiowe motto. Sama Ewa Bem od dawna prostuje tę interpretację - z dużym spokojem i swoim spokojnym dystansem do medialnych uproszczeń.

Ja się też parokrotnie tłumaczyłam już z tego tytułu, bo wszystkim się wydawało, że "żyj kolorowo", to że ja chodzę w pomarańczowych okularach i w ogóle giczołami sobie kiwam. Nie. Ja tylko mówiłam, że wszystko jest kolorem, czerń jest kolorem i szarość też jest kolorem. […] W ogóle w dniu, w którym miałam przyjść i nagrać tę piosenkę, poszłam na porodówkę, rodziłam swoją pierwszą córkę Pamelę. No i potem wróciłam, jak gdyby nic, jak tylko już mogłam się oddalić trochę od dziecięcia, to przyszłam i nagrałam - opowiadała w Radiu Pogoda.

Dzieciństwo bez blichtru, za to z muzyką

Rozmowa z Radiem Pogoda szybko zeszła na dzieciństwo artystki. I tu zrobiło się bardzo ciekawie, bo zamiast bajkowej opowieści o byciu "urodzoną do śpiewania" pojawił się obraz zwyczajnej, trochę surowej codzienności, w której muzyka była raczej ratunkiem niż ozdobą.

To dzieciństwo było, no nazwijmy je, ubogie materialnie. Od momentu, kiedy ojciec zostawił moją mamę z naszą trójką, po prostu zaczęło się gorzej dziać pod każdym względem. Myśmy bardzo dużo sobie chodzili, mieliśmy kumpli i tak dalej. Snuliśmy się po mieście. Czasami trzeba było gdzieś tramwajem pojechać, oczywiście na gapę. Ale wszędzie, gdzie stanęliśmy, ktoś zaczynał śpiewać. Król - bo był najstarszy i najbardziej z nas wszystkich muzykalny oraz stanowczy - nadawał ton, a myśmy się przyłączali do niego - opowiadała Ewa Bem.

Ewa Bem wyjaśniła przy tym, że opowieść o "śpiewaniu po tramwajach" została kiedyś przez media wyolbrzymiona. Nie chodziło o zarobek ani o uliczną karierę, tylko o dziecięce wspólne muzykowanie, które z czasem obrosło legendą.

Redakcja poleca

Muzyczna rodzina Bemów

Ewa Bem podkreśliła też, że muzykalność nie wzięła się znikąd. W jej domu śpiew był obecny od zawsze, a rodzinne zaplecze brzmiało niemal jak gotowy scenariusz na biograficzny film.

Tak, oczywiście, babcia śpiewała. Babcia i jej wszystkie cztery siostry oraz brat. Oni wszyscy umieli śpiewać, grać na czymś. […] Mama była jazzowa, bardzo jazzowa. Jak dostałam Fryderyka i musiałam coś powiedzieć, to powiedziałam, że dedykuję go właśnie mojej mamie, jeżeli wiecie, która słuchała Van Morrisona. To połowa sali nawet nie wiedziała, kto to jest Van Morrison - śmiała się artystka.

W tej opowieści jest wszystko: domowe muzyczne dziedzictwo, jazzowy klimat i rodzinna swoboda słuchania rzeczy, które wówczas nie były jeszcze oczywiste dla wszystkich.

Jeden raz zmieszali ją z błotem. I to dosłownie

Jednym z najzabawniejszych momentów rozmowy było wspomnienie o "Misiu". Ewa Bem opisała kulisy udziału w filmie z taką swadą, że całość brzmi dziś niemal jak osobna komedia. 

Zostałam poproszona, żeby nagrać prześliczną pastorałkę Jurka Derfla do tekstu Stasia Tyma. Co jest tutaj ogromnie ważne, to jest to jeden z najpiękniejszych tekstów takich matczynych, który napisał on, prześmiewca, drań, taki facet, którego się zawsze kojarzy z ironią. I to on coś tak słodkiego napisał. No i ja nagrałam tę pastorałkę, a potem oni się zgłosili, że skoro już nagrałam, to czy bym ewentualnie pod kamerę nie zagrała tej Matki Boskiej, co śpiewa tę pastorałkę - zaczęła Ewa Bem.

Co ciekawe, Ewa Bem zupełnie nie znała fabuły filmu. Wszystko dowiedziała się... w dostawczaku, od Tyma, siedzącego przy niej w pełnej charakteryzacji.

Pojechaliśmy roburem nad jakieś zamarznięte jezioro, jakąś taką sadzawkę. I w tym roburze, trzęsącym się, Stasio już siedział w kufajce, w tych galoszach i z tym łbem takim w peruce. I tłumaczył mi, o co tam chodzi w tym "Misiu". No i jechaliśmy z 45 minut, i nic kompletnie nie zrozumiałam - wspominała na antenie Radia Pogoda.
Redakcja poleca

"Dojechaliśmy, no i w końcu przyszli, że na plan. No to my na plan. Ja z tym zawiniątkiem, leci ta pastorałka, ale jeszcze zanim klaps poszedł, to mówi mi strażnik, że jest taka sytuacja, że tu będzie leciał miś..." - kontynuowała.

"No taki, musisz sobie wyobrazić, na takiej linie. Helikopter i ten miś runie nagle, urwie się ta lina, no i runie tutaj w to jezioro przed tobą właśnie. I trzeba chlusnąć ci spod kamery wiadrem z błotem i z tą słomą, żeby to tak wyglądało, jak on by cię tak [ochlapał - przyp. red.]. Czy ty się zgadzasz?". Ja mówię: "Panowie, nagrałam, ubrałam się, pięć godzin marzłam w maluchu tutaj na planie i teraz mam się nie zgodzić? No to co to za sens? Oczywiście, że tak". I w ten sposób weszłam do filmu, o którym nic nie wiedziałam, nie rozumiałam go w ogóle - podsumowała.

Marzenia? Jedno. Reszta to po prostu życie

Na koniec rozmowy Ewa Bem została zapytana o plany i marzenia. Odpowiedź była zaskakująco prosta, a przez to jeszcze bardziej poruszająca.

Jeżeli chodzi o marzenia, to jest tylko jedno jedyne marzenie, żeby moje wnuki były szczęśliwe i Gabrysia też. […] Ja już marzeń nie mam, no bo co, ja już nigdzie nie polecę daleko, zresztą już się nalatałam. Jakiegoś wielkiego zamieszania muzycznego też nie zrobię, bo po prostu nie mam na to takiej siły. […] A najważniejsze jest to, że ten, kto powiedział, że jesień życia to jest najpiękniejsza pora, to powinien do więzienia. I nigdy go nie wypuszczać - przyznała z rozbawieniem.

I choć w tej deklaracji jest dużo dystansu do siebie, jest w niej też sporo czułości. Nie ma udawanej egzaltacji, jest zwyczajna, dojrzała zgoda na to, co najważniejsze. Ewa Bem w Radiu Pogoda znów udowodniła, że potrafi mówić o życiu bez patosu, za to z humorem, klasą i totalną szczerością.

Oglądaj

Źródło: RadioPogoda.pl