Nazywano go polskim Lennonem. Przypominamy najpiękniejsze utwory Krzysztofa Klenczona
Krzysztof Klenczon był jednym z najzdolniejszych muzyków minionej epoki. Pozostawił po sobie wyjątkową spuściznę artystyczną i na zawsze zapisał się na kartach historii. Przyjaciele i znajomi z branży nazywali go "Niuńkiem", a słynny dziennikarz Franciszek Walicki okrzyknął go "Zbuntowanym aniołem". Nowy przydomek na zawsze przylgnął do artysty. Choć był samoukiem i nie potrafił czytać nut, odwdzięczył się Polakom najpiękniejszym z możliwych prezentów. Te hity znamy i śpiewamy do dziś.
Kliknij tutaj i słuchaj naszego radia na żywo bez żadnych opłat na radiopogoda.pl!
Tak narodziła się legenda polskiego big bitu. Droga na szczyt Krzysztofa Klenczona
Krzysztof Klenczon urodził się w 14 stycznia 1942 w Pułtusku. Choć podjął studia na Politechnice Gdańskiej, zawsze ciągnęło go do muzyki. Już od dziecka przejawiał talent, a na resztę zapracował systematycznością i ćwiczeniami. Domowe warunki go nie rozpieszczały. Tata muzyka przystąpił po wojnie do radykalnej organizacji "Wolność i Niezawisłość", a następnie trafił do komunistycznego więzienia. Mama "Niuńka" ciężko pracowała, by zarobić na chleb dla rodziny. Żona muzyka wspominała po latach, że "nie było w niej za wiele wylewności i matczynej czułości".
Zobacz także: Zofia Kucówna zakochała się na zabój. Mąż złamał jej serce. „Znika na wiele tygodni”
Nastoletni Krzysztof Klenczon zdawał się dzielnie stawiać czoła niesprzyjającym warunkom. Każdą wolną chwilę poświęcał, by szlifować swój muzyczny kunszt. Przyjaciele muzyka wspominali po latach, że dzień i noc przeznaczał na ćwiczenia gry na gitarze. W środowisku zawsze uchodził za zadziornego, co widać także w jego muzyce.
Pierwszym utworem, z jakim zadebiutował muzyk, były "Pluszowe Niedźwiadki". Zaśpiewał je wspólnie z Karolem Warginem podczas festiwalu Młodych Talentów w 1962 roku. Następnie przyszła fala popularności polskiego bigbitu, która całkowicie odmieniła rynek muzyczny. Jak grzyby po deszczu powstawały coraz to nowsze młodzieżowe kapele, grające właśnie ten gatunek muzyczny.
Zobacz także: Zagrał Szymka Solejuka w „Ranczu”. Niewiarygodne czym się dziś zajmuje
Niebiesko-Czarni i Czerwone Gitary
Krzysztof Klenczon został zaproszony do gry w zespole Niebiesko-Czarni, do którego należeli także Czesław Niemen i Wojciech Korda. Skomponował wówczas swoje pierwsze utwory dla grupy - "Bo to był zły dzień" i "Gdy odlatują bociany". Niepokorny muzyk nie potrafił się jednak podporządkować i w 1964 roku podjął decyzję, by iść własną drogą. To wtedy przylgnęła do niego łatka "Zbuntowanego anioła".
Zobacz także: ABBA wróci w nietypowej formie? Mogą zyskać miliony!
Po odejściu z grupy Niebiesko-Czarni, artysta nawiązał współpracę z Sewerynem Krajewskim. Wspólnie założyli zespół Pięciolinie, który przekształcił się później w Czerwone Gitary. Szybko stał się topową kapelą lat 60. i okrzyknięto ich mianem "polskich Beatlesów". Klenczona nazywano wówczas naszym rodzimym Johnem Lennonem.
Zobacz także: Teresa Lipowska ma problemy zdrowotne. Z tego musiała zrezygnować
Ogromny sukces zawdzięczali między innymi piosenkom Klenczona, takim jak "Takie ładne oczy", "Nikt na świecie nie wie", "Wróćmy na jeziora", "Kwiaty we włosach", "Powiedz stary, gdzieś ty był", "Jesień idzie przez park" czy "Biały krzyż". Ostatnią z nich muzyk skomponował dla ojca, który nie był obecny w jego młodym życiu. Był to jednocześnie ostatni utwór, jaki w życiu zaśpiewał. Tamtego feralnego wieczora w Chicago bisował słynną balladę aż trzy razy.
Zobacz także: 81-letnia Anna Seniuk nie jest „babcią w kapciach”. O tym jej wnuki mogą zapomnieć
Trzy Korony i emigracja do USA
W styczniu 1970 roku Krzysztof Klenczon podjął decyzję o opuszczeniu Czerwonych Gitar. Zachęcony powodzeniem własnych utworów na Liście Przebojów Polskiego Radia i w Telewizyjnej Giełdzie Piosenki, założył grupę
. Wylansował z nią takie przeboje, jak "10 w skali Beauforta" oraz "Port". Utwory te miały nieco ostrzejsze i bardziej rockowe brzmienia od poprzednich.
Zobacz także: Najpierw zdradzona, później długo „druga”. Ta aktorka nie miała szczęścia w miłości
Krzysztof Klenczon wydawał się być zmęczony estradą. Uważał, że entuzjazm publiczności w odpowiedzi na jego twórczość nieco osłabł. Wykonując utwór "Nie przejdziemy do historii", na swoim pożegnalnym koncercie w Warszawie, nie krył rozgoryczenia. 6 maja 1972 roku zdecydował się na dobre wyjechać z Polski. Osiadł w USA, gdzie cztery lata później przypomniał się polskim słuchaczom utworem "Hey, Mr. America". Następnie zatęsknił za krajem i odbył trasę koncertową w wielu polskich miastach w latach 1978-79.
Wydaje mi się, że trzeba wiedzieć, kiedy odejść, żeby zostawić po sobie dobre wspomnienie – powiedział Klenczon przed wyjazdem w jednej z rozmów.
Zobacz także: Andrzej Seweryn o swojej szalonej nocy w Marsylii. „Cały wieczór byłem kobietą”
Muzyk zmarł 7 kwietnia 1981 roku, przebywając na emigracji w Chicago. Artysta zginął w wypadku samochodowym, kiedy wracał z charytatywnego koncertu w klubie Milford w Chicago. Został ciężko ranny i choć walczono o jego życie, nigdy nie odzyskał przytomności. Pogrzeb Krzysztofa Klenczona odbył się 25 lipca 1981 roku. Pochowano go w rodzinnym grobie w Szczytnie.
Zobacz także: Wpadła w oko Stanisławowi Barei. Nagle słuch po niej zaginął. „Był to mój błąd”
Kliknij tutaj i słuchaj naszego radia na żywo bez żadnych opłat na radiopogoda.pl!