Jerzy Bińczycki nie chciał słuchać lekarzy. To były jego ostatnie filmy
Jerzy Bińczycki to aktor, którego pokochała publiczność. Najlepiej zapamiętaliśmy go z niezapomnianej głównej roli w “Znachorze” Jerzego Hoffmana. Wcielał się też w Bogumiła Niechcica w “Nocach i dniach”. Zmarł 2 października 1998 roku. Przed śmiercią zagrał jeszcze w “Panu Tadeuszu” Wajdy i “Syzyfowych pracach” Komorowskiego. Nie doczekał premiery tych dzieł. Pojawiały się głosy, że jego organizm nie poradził sobie z obciążeniem. Aktor bowiem brał na swoje barki naprawdę wiele pracy. Wciąż miał plany, by stworzyć coś wspaniałego.
Kliknij tutaj i słuchaj naszego radia na żywo bez żadnych opłat na radiopogoda.pl!
Wielka kariera i zbyt dużo pracy
Jerzy Bińczycki skończył studia w krakowskiej Szkole Teatralnej. Natychmiast zaczął występować na deskach Teatru Śląskiego w Katowicach. Tam wykreował wiele niezapomnianych ról. W pewnym momencie podejmował się również reżyserii spektakli. Sam twierdził, że najlepiej radzi sobie przede wszystkim w teatrze. Określał się mianem “aktora niefilmowego”.
To miano nie miało jednak odzwierciedlenia w rzeczywistości. Jerzy Bińczycki na ekranie był uwielbiany nie tylko przez widzów, lecz także reżyserów. Debiutował w roli epizodycznej w “Drugim brzegu” w 1962 roku. Następne lata to również niewielkie, mniej znaczące postaci. Przełomem był angaż przez Jerzego Antczaka do “Nocy i dni”. Później wszystko potoczyło tak, jak wszyscy dobrze pamiętamy. Bińczycki stał się ulubieńcem publiczności.
Zobacz także: Karel Gott – człowiek o złotym głosie i sercu. Tego nie wiecie o „Słowiku” z Pragi!
Jerzy Bińczycki nie słuchał ostrzeżeń
W 1998 roku Jerzy Bińczycki został dyrektorem Starego Teatru w Krakowie. Początkowo nie chciał się obejmować tej funkcji. Ostatecznie zgodził się po namowach kolegów, mimo że stawał się coraz słabszy. Jego stan zdrowotny nie był najlepszy. Pokładano w nim jednak wielkie nadzieje. Aktor nie chciał zawieść innych i dawał z siebie wszystko.
Nie podejrzewałam go o taki zapas energii, myślenia, pasji. Ten teatr znał świetnie, od piwnic po strych, wszystkich ludzi, mechanizmy, relacje międzyludzkie. Miał ogromny szacunek dla kolegów, wiedział, jak ważna jest satysfakcja zespołu. Taka była tradycja Starego Teatru - mówiła żona Bińczyckiego w “Gazecie Wyborczej”.
Praca pochłonęła go na tyle, że zdrowie zeszło na dalszy plan. Jerzy Bińczycki zaangażował się całym sobą. W parze z tym szły stres oraz duże obciążenie. Lekarze mieli mówić mu, że powinien się oszczędzać. Aktor jednak ich nie posłuchał. Finalnie, niestety, zmarł na nagły zawał serca. Miał 60 lat. Pozostanie w pamięci widzów na zawsze.
Zobacz także: „Znachor”. Tragiczna historia autora powieści. Był obiektem drwin i pogardy
Chcesz wiedzieć więcej? Słuchaj programu Aleja Sław w każdy weekend od 14:00 do 18:00 tylko w Radiu Pogoda.
Kliknij tutaj i słuchaj naszego radia na żywo bez żadnych opłat na radiopogoda.pl!