Z Marylą Rodowicz tworzyła markę. "Osiecka. Tego o mnie nie wiecie" [FRAGMENT KSIĄŻKI]
NIECH ŻYJE BAL
Maryla Rodowicz
Jedna z największych gwiazd polskiej piosenki. Ikona naszej muzyki rozrywkowej. Jej popularność zaczęła się w latach siedemdziesiątych, kiedy wkroczyła na muzyczny rynek ze słynną Małgośką. Jej dorobek to trzydzieści siedem płyt, z czego większość pokryta jest złotem lub platyną. Współpracowała i nagrywała z twórcami takimi jak Agnieszka Osiecka, Marek Grechuta, Seweryn Krajewski, Helena Vondráčková czy Stan Borys.
Znaczną część przebojów napisała dla niej Agnieszka Osiecka, wśród nich były: "Niech żyje bal", "Wielka woda", "Polska Madonna", "Nie ma jak pompa". Zaprzyjaźniły się w 1969 roku i bliska relacja trwała do końca życia Agnieszki Osieckiej.
Z Marylą Rodowicz łączy mnie bardzo solidna przyjaźń, która polega na tym, że zawsze mówimy sobie prawdę w oczy. Poza tym ona zawsze mi się podobała jako dziewczyna, a teraz jako dojrzała kobieta. Naprawdę, gdybym była mężczyzną, tobym się z nią ożeniła. Po pierwsze dlatego, że ma wdzięk, po drugie – jakąś nieprawdopodobną siłę, po trzecie – człowiek się czuje przy niej bezpieczny. Ma wielką indywidualność, nie można jej do niczego namówić, nakłonić. Ona zawsze robi to, co uważa za słuszne i ciekawe – mówiła o przyjaciółce Osiecka.
Pamiętam, jak rozstałam się ze swoim czeskim narzeczonym. Wybudowaliśmy w Pradze dom, więc kiedy wróciłam do Warszawy, nie miałam gdzie mieszkać. Przyjechałam z dwiema walizkami – to był cały mój dobytek. Zatrzymałam się w hotelu MDM i zadzwoniłam do Agnieszki. Siedziałam potem przed nią zaryczana, opowiadając, jak skończył mi się związek i że znów zostałam z niczym. „A co ty płaczesz? Zaraz napiszę ci tekst” – powiedziała. I napisała Ja z podróży: „Walizki moje pełne snów, dziś puste są. Kto powróży, kto powróży, kto powie, gdzie mój będzie dom? (…) Zgubiłam drogę, nie wiem, gdzie zrobiłam błąd. Kto powróży, kto powróży, kto zgadnie przyszłość z pustych rąk?”. Zawsze mnie pocieszała. Ją samą trudno było jednak pocieszyć.
Przez lata nazwiska Osiecka i Rodowicz były nierozerwalnie ze sobą związane. Tworzyłyście duet, markę.
Najpierw poznałam jej biurko w radiowej Trójce, w której prowadziła audycję „Radiowe Studio Piosenki”. To był rok 1969. Byłam wtedy studentką AWF-u, ale już na początku kariery wokalnej. Agnieszka była akurat w Stanach, ale przed wyjazdem zapowiedziała, że jak zjawi się Rodowicz, to można jej pozwolić grzebać w szufladzie z napisem „Osiecka”.
Przyjeżdżałam tramwajem z AWF-u, w trampkach, w przerwie między zajęciami. Na lewo od drzwi stało biurkoJana Borkowskiego, za drzwiami siedział młody dziennikarz Paweł Sztompke, a biurko Agnieszki znajdowało się na wprost wejścia. Otworzyłam szufladę, a tam prawdziwy skarbiec z tekstami! No i wygrzebałam piękny tekst "Gonią wilki za owcami" z muzyką Kasi Gärtner. Potem była Ballada wagonowa: „Pamiętam był ogromny mróz, od Cheetaway do Syracuse…”. Widocznie Agnieszka jechała kiedyś pociągiem do Syracuse… Bo ona w tekstach zawierała swoje życie.
Tak było choćby z piosenką "Wielka woda", po pobycie Agnieszki u Kasi Gärtner na Kaszubach, w starym domku nad jeziorem. Opowiadała mi potem, że wracała nocą od kompozytorki, patrzyła na ogromne drzewa, nagle zobaczyła białą sowę i napisała tekst "Wielka woda".
Ten pokój Agnieszki w Trójce był dla mnie ważny. Tam poznałam Wojtka Młynarskiego, a dziennikarzowi muzycznemu Jankowi Borkowskiemu dużo zawdzięczam. Ozdobą pokoju był piec kaflowy. Pamiętam, jak przy tym piecu stawał Jan Ptaszyn-Wróblewski. Śmiałyśmy się z Agnieszką, bo piec był mocno rozgrzany, a Ptaszyn, w gabardynowym płaszczu na podpince i w futrzanej czapce, opierał się o niego. Stał tak godzinami, rozmawiając. Nigdy się nie rozbierał, zawsze mówił: „Już wychodzę” i stał kolejną godzinę.
Pamięta pani swoje pierwsze spotkanie z Agnieszką?
To było w słynnym barku w Hotelu Europejskim. Potem spotykałyśmy się tam prawie codziennie. „To jutro w biurze o 12?” – umawiałyśmy się. Europejski był naszym „biurem”. Agnieszka zawsze miała ze sobą teczkę, otwierała ją i mówiła: „Zobacz, jakie mam teksty”. Pamiętam, jak pokazała mi je po raz pierwszy. Pisała wtedy dla STS-u.
„Co ty mi pokazujesz? Nie chcę takiej publicystyki, to w ogóle nie jest dla mnie” – powiedziałam i dodałam: „Chcę protest songi śpiewać”. I wtedy napisała mi Żyj, mój świecie. I taki tytuł miała moja pierwsza płyta.
Nie obraziła się, gdy usłyszała, że teksty się pani nie podobają?
Agnieszka nigdy się nie obrażała! Mogłam kaprysić, że coś jest nie tak, a ona potrafiła napisać osiem wersji, jedna po drugiej. „Nie podoba ci się? Proszę bardzo, piszę dalej” – mówiła. Nie była osobą, która się kłóci, obraża, nie odzywa. To było czymś wyjątkowym wśród tekściarzy, którzy zwykle ciężko znosili krytykę, prośbę o zmianę. Ale nie Agnieszka.
Zaraz, przepraszam, raz się to zdarzyło przy piosence "Niech żyje bal". To było w mieszkaniu Zuzi Olbrychskiej, w starym budownictwie na Górnośląskiej. Spotkało się tam parę osób i Agnieszka pokazała mi ten tekst. A była to już druga wersja, bo poprzednia mi się nie spodobała. Czytam, czytam i rzucam: „Co to jest! »Chłoporobotnik i boa grzechotnik z niebytu wynurza się fal«? Agnieszka, przecież to bełkot!”. No i wtedy pierwszy raz zobaczyłam Agnieszkę zdenerwowaną. Zaczęła tupać nogami… Wykrzyczała: „Nie zmienię ani słowa w tym tekście. Bo jest świetny!”. Miała rację, jak się okazało. Piosenka dostała nagrodę dziennikarzy w Opolu.
Zobacz także: Krzysztof Krawczyk w domu miał swój azyl. „Cały czas jest tu obecny”
A słynna Małgośka?
To był rok 1973. Mieszkałam wtedy w Pradze z moim czeskim narzeczonym. Nagle telefon od Kasi Gärtner: „Musisz natychmiast przyjechać do Warszawy, bo trzeba nagrać piosenkę”. „Co to? Pożar?” – pytam. W odpowiedzi dostałam w przesyłce tekst razem z muzyką.
W moim czeskim domu nie było jeszcze mebli, dzięki czemu była dobra akustyka i głos mocno się niósł. W takich warunkach ćwiczyłam Małgośkę. Ciekawa jest historia tekstu tej piosenki. Znam ją z opowieści Kasi. Rzecz działa się w Sopocie. Agnieszka spotkała Kasię i od razu pokazała jej tekst. „O połowę za długi” – powiedziała kompozytorka. Wzięła ołówek, bo wtedy pisało się ołówkiem, również nuty, pokreśliła cały tekst, skróciła o połowę i napisała muzykę.
Kiedy wasza zawodowa relacja przerodziła się w przyjaźń?
Od razu się polubiłyśmy. Stałyśmy się jak papużki nierozłączki. Nawet wakacje spędzałyśmy razem. Kiedyś pojechałyśmy z Orbisem na wczasy do Bułgarii.
To był lipiec 1977 roku. Mieszkałyśmy w dwuosobowym pokoju o średnim standardzie, choć wtedy w ogóle nie miało to dla nas znaczenia. Agnieszka wstawała wcześniej, ja spałam do południa. Potem szłyśmy coś zjeść na plaży i smażyłyśmy się w słońcu. Adorowali nas polscy inżynierowie ze Szczecina. Adoracja polegała na tym, że kiedy leżałyśmy na brzuchu, oni przynosili w czepkach wodę i polewali nam plecy, a w załamaniu pleców puszczali papierowe stateczki.
Oczywiście, dla Agnieszki takie sytuacje zawsze były inspiracją, żeby coś napisać. Kiedy schodziłyśmy z plaży, snułyśmy się po okolicy. Agnieszka lubiła wkładać moje ubrania, długie hipisowskie szaty z białej tetry, które kupowałam tanio w sklepach hinduskich w Berlinie Zachodnim. Łaziłyśmy w tych białych szatach, a ludzie mówili na nas „bułki”, bo „bułka” po bułgarsku to panna młoda. Wieczory często spędzałyśmy w towarzystwie bułgarskich adoratorów.
W tamtych czasach nazwisko „Osiecka” było znane w Bułgarii dzięki wystawieniu jej sztuki "Apetyt na czereśnie" w teatrze w Sofii. Kiedy bułgarscy adoratorzy dowiedzieli się, że Agnieszka jest „tą Osiecką”, wszyscy zapewniali, że grają w spektaklu! I nie przeszkadzało im, że to była sztuka dwuosobowa. To byli chłopcy z fantazją (śmiech).
Któregoś wieczoru postanowiłyśmy wydać dla nich bankiet. Wynajęłyśmy statek, który udawał statek piracki, kelnerzy przebrani za piratów serwowali drinki, po pokładzie przechadzała się koza, my w długich sukniach, a gości jak nie ma, tak nie ma. Koło północy zaczęło się schodzić nasze towarzystwo. Dlaczego tak późno? Panowie powiedzieli, że u nich nie przychodzi się punktualnie. Trzeba robić wrażenie osoby rozchwytywanej. Bankiet trwał do rana.
Agnieszka lubiła, gdy zanosiło się na nową przygodę?
O, tak – miała niezliczoną ilość przygód. Chłonęła życie i… potrafiła obśmiać wszystko. Kiedyś w Bułgarii zobaczyłyśmy wielbłąda na plaży. Agnieszka zachwycona zawołała: „O! Wielbłąd na plaży”. Bo to było takie surrealistyczne, mamy kilka zdjęć z tym wielbłądem. Ja na wielbłądzie, Agnieszka na wielbłądzie.
Tamtego lata w Warnie, niedaleko Słonecznego Brzegu, w Domu Polskich Twórców, letnim domu dla polskich literatów i dziennikarzy, rezydował Jerzy Urban ze swoją ówczesną żoną Kariną. To była połowa lat siedemdziesiątych i Urban jeszcze nie był tym Urbanem. Agnieszka wysłała do niego telegram: „Przypłyniemy wodolotem w środę wieczorem”. Nie wiadomo dlaczego, Urban dostał telegram takiej treści: „Stawcie padahy take padahy”. Popłynęłyśmy więc tym wodolotem, spędziliśmy z Urbanami cudowny wieczór w miejscowej restauracji, ale zrobiło się późno. Jak wrócić? „Złapiecie okazję na szosie” – powiedział Urban.
Czarna noc, my dwie w białych sukniach na szosie łapiemy „okazję”. W końcu zatrzymała się stara zastava i kierowca zgodził się nas podwieźć do Słonecznego Brzegu. Ale niespodziewanie skręcił w las i zaczął się do nas dobierać. Zrobiło się niebezpiecznie. Umierałyśmy ze strachu. W końcu, przytomnie, zaproponowałyśmy mu po rosyjsku, że zapraszamy go do naszego hotelu, tam będą lepsze warunki. Dał się namówić. Kiedy zatrzymał się na parkingu, galopem pobiegłyśmy do hotelu. Rok później miałam zaśpiewać w Sofii w programie telewizyjnym kilka piosenek. „Pojadę z tobą” – oświadczyła Agnieszka.
Lubiła życie w drodze, na walizkach, co noc w innym hotelu?
Kochała życie w drodze, podniecającą perspektywę „może się coś wydarzy?”. „Zawsze będę na ciebie czekać w różnych miejscach świata na lotnisku z różowym szampanem” – powiedziała kiedyś. No i rzeczywiście, ląduję w Sofii, a na lotnisku stoi Agnieszka z różowym szampanem. Otworzyłyśmy go na miejscu i wypiłyśmy po łyku z gwinta, a potem w taksówce, częstując również kierowcę.
W tym szampańskim nastroju dojechałyśmy do hotelu. Potem jeszcze po łyku z taksówkarzem na ulicy, żegnamy się radośnie „do widzenia, do widzenia”, taksówka odjeżdża i… nagle Agnieszka pyta: „A gdzie są nasze walizki?”. Uzmysłowiłyśmy sobie, że taksówka odjechała razem z naszymi bagażami. Agnieszka śmiała się: „Przecież nie mamy nawet majtek! No dobra, pójdziemy do pedetu i kupimy jakieś straszne socjalistyczne barchany”. Ale ja miałam gorzej – w walizkach były przecież moje kostiumy, a następnego dnia występowałam w telewizji.
Mój ówczesny menedżer Andrzej Smereka poruszył niebo i ziemię, dowiedział się, że są dwie bazy taksówek w Sofii, i w końcu znalazł taksówkarza z naszymi walizkami. Agnieszka w ogóle nie przywiązywała wagi do rzeczy materialnych.
Opowiem historię z kortu, to też wątek bułgarski. Kiedyś na kortach tenisowych obok hotelu zachwycił nas trener, piękny mężczyzna. „Zacznę grać w tenisa” – postanowiłam i zapytałam go, czy może mi udzielać lekcji. Mógł, ale miał wolne tylko między godziną 12 a 15, czyli w największe upały. Cóż, zgodziłam się. My name is Peter – przedstawił się, modulując nisko głos. Grałam przez dwa tygodnie tak intensywnie, w 40-stopniowym upale, że udało mi się schudnąć siedem kilo.
Pamiętam, jak któregoś dnia Agnieszka powiedziała: „Masz beznadziejną bluzkę do tego tenisa, pożyczę ci swoją”. Dała mi piękną białą bluzkę z ogromnym czarnym napisem „Vogue”, którą przywiozła z Nowego Jorku. Po powrocie, już w Warszawie, jedziemy z lotniska taksówką najpierw do Agnieszki na Saską Kępę, otwieramy bagażnik, a tam… cała ruda od cegły na korcie superbluzka Agnieszki.
O! Moja piękna koszulka z Nowego Jorku – powiedziała, biorąc ją w dwa palce, i zaczęła się śmiać.
Agnieszka nie przywiązywała wagi do rzeczy! Nawet ważnych pamiątek. W 1980 roku pożyczyłam od niej pamiątkowy akordeon ojca na koncert w klubie Riwiera Remont. Ktoś mi wtedy ukradł ten akordeon. „Agnieszka, tak mi przykro” – kajałam się. „Och, daj spokój. To tylko akordeon” – powiedziała, nie chcąc mnie wprawiać w poczucie winy, chociaż wiem, że to była dla niej ważna pamiątka.
Nauczyłam się od niej, żeby nie zamartwiać się rzeczami albo sprawami, na które nie mamy wpływu. Żeby się niczym w życiu nie przejmować, wszystko obracać w żart, bo wszystko jest zabawą. Nawet dramat.
Kliknij tutaj i słuchaj naszego radia na żywo bez żadnych opłat na radiopogoda.pl!