Roman Wilhelmi miał dwa marzenia. Jedno było naprawdę dziwne
Wybitny aktor, ikona polskiego kina i teatru, uznawany za geniusza sceny i ekranu. Życiem Romana Wilhelmiego kierowała olbrzymia ambicja. To człowiek, który na jawie śnił o wielkich nagrodach i największych przedsięwzięciach. Dokąd zaprowadziła go ta droga?
- Roman Wilhelmi, znany z ambicji, marzył o światowej sławie.
- Aktor unikał kontaktów towarzyskich, skupiając się na pracy.
- Miał jedno absurdalne marzenie.
3 listopada 1991 roku polska kultura straciła jedną z największych indywidualności. Roman Wilhelmi, niezapomniany porucznik Olgierd Jarosz, Nikodem Dyzma czy dozorca Stanisław Anioł, zmarł przedwcześnie w wieku zaledwie 55 lat.
Rozwiąż quiz. Jesteś mistrzem, jeśli zgarniesz 100 proc. punktów! Dalszą część artykułu znajdziesz pod quizem…
Quiz: Quiz. Jak nazywa się kultowy bohater? Jesteś doskonały, jeśli znasz 17/20!
Aktor, choć kojarzony głównie z popularnymi rolami telewizyjnymi, w rzeczywistości dążył do perfekcji i światowej sławy. Prywatnie był jednak pełen sprzeczności: chimeryczny, porywczy i niestabilny. Te skrajności czyniły go geniuszem na scenie, ale stanowiły też źródło jego życiowych dramatów.
Roman Wilhelmi. Praca na scenie była jego obsesją
Wilhelmi od początku kariery w Teatrze Ateneum emanował ogromnym talentem i nerwem scenicznym. Od kolegów izolował się, nie utrzymując kontaktów towarzyskich, ale wcale nie był leniwy. Uchodził za człowieka niezwykle pracowitego. Aktor nie znosił ludzi, którzy markowali robotę lub się spóźniali. Za początkową niechęć do znajomych zreflektował się i otworzył na kontakty międzyludzkie.
Przygotowując się do ról, Roman Wilhelmi stosował unikalny system pracy. Spotykał się z reżyserem i nagrywał jego instrukcje dotyczące każdej sceny na taśmę magnetofonową. Następnie, każdego ranka przed rozpoczęciem zdjęć, szedł na basen, zakładał słuchawki i w ten sposób uczył się tekstu. Zawsze przychodził na próby doskonale przygotowany, dzięki czemu budowane przez niego postacie tętniły prawdą przeżycia.
Absurdalne marzenie aktora. Roman Wilhelmi pełen sprzeczności
Mimo sukcesów w Polsce, największym i najbardziej autentycznym marzeniem Wilhelmiego było zdobycie Oscara. Mówił o tym wprost i traktował to śmiertelnie poważnie. Wolał myśleć o wielkości i światowej sławie niż o prozaicznych celach, takich jak budowa domu czy kupno samochodu.
Towarzyszyło temu jednak drugie, zupełnie absurdalne marzenie, które doskonale oddawało jego niekonwencjonalną naturę. Wilhelmi pragnął "kopnąć gołębia w tyłek". Wszystko przez to, że ptaki... brudziły balkon jego mieszkania. Ta nietypowa mieszanka dążenia do wielkości z potrzebą zabawy i absurdu definiowała jego skomplikowaną osobowość.
Śmierć przyszła nagle. Roman Wilhelmi do końca się nie poddał
Życie prywatne aktora było równie burzliwe i pełne skrajności, co jego marzenia zawodowe. Wilhelmi był dwukrotnie żonaty i miał syna Rafała. Zdaniem wielu, aktor nie stronił od alkoholu, papierosów i romansów, co ostatecznie odbiło się na jego zdrowiu. Aktor zmagał się z rakiem wątroby, który dał przerzuty do płuc.
Choroba zaatakowała nagle, ale Wilhelmi, człowiek pełen dumy, do samego końca ignorował diagnozę. Bliscy bali się powiedzieć mu prawdę o stanie zdrowia. Jeszcze na trzy dni przed śmiercią snuł plany zawodowe i dzwonił do Francji, chcąc załatwić sobie angaż w Paryżu. Odszedł 3 listopada 1991 roku, przegrywając z chorobą, której nie chciał się poddać.
Kliknij tutaj i słuchaj naszego radia na żywo bez żadnych opłat na RadioPogoda.pl!