Po śmierci męża napisała książkę żałobną. "Strata jest momentem granicznym"

9 min. czytania
24.08.2026 05:35
Obserwuj nas na Google

Agnieszka Taborska zaledwie kilka godzin po tym, jak dowiedziała się o śmierci męża, zaczęła pisać książkę żałobną. Historyczka sztuki, romanistka i wybitna znawczyni surrealizmu zrzuciła ochronny pancerz i z rzadko spotykaną szczerością opowiedziała o stracie, życiu „bez skóry” i stu dniach łaski. O żałobie na własnych zasadach i o tym, dlaczego boimy się mówić o stracie, mówiła w wywiadzie dla serwisu RadioPogoda.pl. 

Agnieszka Taborska napisała książkę żałobną
fot. Tomasz Kaczor
  • Agnieszka Taborska jest cenioną w środowisku historyczką sztuki, romanistką, publicystką i pedagożką.
  • Autorka kultowego tomu „Spiskowcy wyobraźni” wydała ponad dwadzieścia tytułów.
  • W wywiadzie dla serwisu RadioPogoda.pl mówiła o książce „Bez skóry. Jak rozmawiać z ludźmi w żałobie”.

„Bez skóry. Jak rozmawiać z ludźmi w żałobie” jest niezwykle osobistą, a zarazem przewrotną książką, która zrodziła się ze spontanicznych zapisków Agnieszki Taborskiej. Na przestrzeni ostatnich lat znawczyni surrealizmu starała się uporać z bólem po śmierci męża. Prędko okazało się, że samo pisanie jest nieodłączną częścią procesu zdrowienia. Ten nieoczywisty „poradnik”, choć brak w nim porad, prostych recept i wskazówek, daje czytelnikom coś znacznie cenniejszego: poczucie, że w swoim bólu nie są sami.

Czy sztuka może nas uratować? Rozmowa z Agnieszką Taborską

Agnieszka Taborska opowiedziała o śmierci, tęsknocie i odzyskiwaniu siebie w rozmowie z dziennikarką serwisu RadioPogoda.pl. Książka „Bez skóry. Jak rozmawiać z ludźmi w żałobie” ukaże się 26 sierpnia nakładem wydawnictwa Znak Literanova.

Amelia Majek, dziennikarka serwisu RadioPogoda.pl: W książce nie brakuje momentów, w których ma się wrażenie, że te zapiski powstawały wyłącznie dla Pani samej i nigdy nie miały ujrzeć światła dziennego. Świadczy o tym chociażby ten fragment: „Może po »Świat zwariował. Poradnik surrealistyczny«. Jak przeżyć powinnam napisać kolejny »Jak rozmawiać z ludźmi w żałobie« (czy coś w tym guście)”. Zastanawiam się, co sprawiło, że ostatecznie zdecydowała się Pani podzielić swoimi przemyśleniami z czytelnikami? I dlaczego zamiast klasycznego poradnika wybrała Pani formę osobistej opowieści?

Agnieszka Taborska, autorka: Pani pytanie uświadomiło mi, że tytuł może być mylący. Nie jest to oczywiście poradnik sensu stricto. Taki tytuł zaproponowała redaktorka Znaku, Agata Pieniążek, która wyłowiła powtarzające się sformułowanie „bez skóry" (tak się długo czułam) i krótki akapit o potencjalnym poradniku. Stanowi on jednak tylko dowcip, mrugnięcie do czytelnika znającego moją poprzednią książkę.

Myślałam o tytule „Nagle sama” w nawiązaniu do Fundacji Nagle Sami, założonej przez osobę [przyp. red. – Olgę Puncewicz], która też nagle straciła męża. Potem o „Ruchomych piaskach”, bo ciągle miałam je pod nogami.

Zaczęłam pisać spontanicznie w dniu, kiedy dowiedziałam się o śmierci Marcina. Była u mnie Ewa Kuryluk, której zwierzyłam się z potrzeby notowania, a ona ten pomysł podchwyciła. Spisywanie na gorąco było też reakcją na przejścia z policją. Okazało się terapią.

Potem – gdy kolega podsunął mi powieść Maxa Portera „Grief Is the Thing with Feathers” [tłum. „Rozpacz to coś z piórami”] – pomyślałam, że może to być coś więcej niż terapia. Ale cały czas, pisząc, zmagałam się ze sobą. Ten stan ducha znalazł wyraz w braku chronologii.

Agnieszka Taborska jest cenioną w środowisku historyczką sztuki, romanistką, publicystką i pedagożką
fot. Fot. Tomasz Kaczor / Agnieszka Taborska jest cenioną w środowisku historyczką sztuki, romanistką, publicystką i pedagożką

Czy dla osób pogrążonych w żałobie pisanie może okazać się pomocne, nawet jeśli nie zamierzałyby publikować później swoich tekstów?

Po stracie męża znajoma rozpoczynała każdy poranek od pisania dziennika. Kiedy po raz pierwszy tego nie zrobiła, zaczął się proces zdrowienia. Jest osobą piszącą, ale nie opublikowała notatek, uważając je za zbyt osobiste.

Wydałam wprawdzie sporo książek, ale nawet gdy pisałam o sobie w opowiadaniach czy „Człowieku, który czeka. Pandemii na mansardzie”, prywatność okrywałam pancerzem. W „Bez skóry” pancerz opadł. Nie wiem, jaki będzie obiór książki, ale jestem wdzięczna pisaniu, że pomogło. Nazywałam je ucieczką. Agnieszka Holland sprostowała, że to szukanie sensu. Jest wiele sposobów na ustabilizowanie wewnętrznego życia. Można malować, pomagać innym, wziąć psa ze schroniska…

Osobiście uważam, że poniekąd mamy tu do czynienia z poradnikiem, ale z poradnikiem niekonwencjonalnym. Bierze Pani czytelnika za rękę i wprowadza go w świat kina, literatury, religii... Pokazuje Pani bardzo różne sposoby interpretowania śmierci. Czy wierzy Pani, że sztuka może nas uratować?

Tak. Jakieś pół roku po tym, gdy zaczęłam pisać tę książkę, podzieliłam się fragmentem z kimś, kto miał prowadzić ze mną rozmowę podczas festiwalu literackiego i kto przeczytał go publiczności. Po spotkaniu podeszły do mnie dwie osoby we łzach i powiedziały, że jak bardzo im pomógł.

Odwołuję się do wielu autofikcji: Joan Didion, Rolanda Barthes’a, uhonorowanej niedawno Goncourtami Brigitte Giraud…. Nie interesowały mnie książki psychologiczne czy medyczne. Książek o stracie jest nadal stosunkowo mało. Przegrywają liczebnie z opowieściami o miłości, a przecież prawdziwe uczucie nie jest dane każdemu. Stratę przeżywamy niemal wszyscy.

Literatura angielsko- czy francuskojęzyczna znacznie częściej niż polska opowiada o stracie partnera bądź partnerki. U nas przeważają książki o stracie rodzica: Tadeusza Różewicza, Marka Bieńczyka, Marcina Wichy, Ingi Iwasiów, Miry Marcinów...

Żałoba w sztuce i literaturze. Agnieszka Taborska i jej osobista książka

Kiedy po raz pierwszy pomyślała Pani: „moje życie już nigdy nie będzie takie samo”?

Szok straty to proces, sinusoida nie uznająca dat. Długo wypierałam to, co się stało. Wyparcie przejawiało się w snach. Dużo śniłam o Marcinie; nadal to robię, ale inaczej. Na początku był lejtmotyw: Marcin jest ze mną chociaż dobrze wiem, że umarł. Pytam znajomych, co o tym sądzić, ale nie potrafią dać mi sensownej odpowiedzi. Budziłam się skołowana i następnej nocy sen wracał.

Poranki były najgorsze. Osoby po stracie boją się przebudzeń, przynoszących za każdym razem hiobową wieść. Teorie psychologiczne mówią o etapach odczuwania straty: wyparcie, poczucie winy, złość, rozpacz, depresja, pogodzenie się… Dla każdego jednak te stany przebiegają inaczej. Ja przeszłam bezpośrednio od wyparcia do depresji. Teraz chyba jestem wreszcie pogodzona.

Czy podczas pisania odkryła Pani coś ważnego o sobie?

Głównie to, jak kiepsko sami siebie znamy. W dobrym związku żyjemy w samotności we dwójkę. Nawet jeśli mamy mnóstwo przyjaciół. Dopiero potem – w pojedynkę – się poznajemy.

Widzę teraz, że długo przeżywałam tak zwaną żałobę przedwczesną [przyp. red. – antycypacyjną]. Marcin był starszy, potem chory. Bałam się jego śmierci i samotności. Tak jak Filifionka z „Muminków” bała się tajfunu. Gdy w końcu tajfun porwał jej dom, poczuła ulgę. Nie mogę mówić o uldze, ale dzięki temu doświadczeniu odkryłam, że jestem silniejsza, niż myślałam. Mogę „prawie wszystko”. Z pewnością bardziej doceniam teraz przyjaźń, drobne gesty. Stałam się uważniejsza i empatyczna. Inaczej reaguję na wiadomości o nieszczęściach innych.

Podczas pisania brakowało mi polskiego odpowiednika angielskiego słowa ‘grief’, znaczącego rozpacz po stracie. Słowa ‘strata’, ‘żałoba’, ‘rozpacz’ czy ‘smutek’ nie definiują tak skomplikowanego uczucia. Nieskutecznie borykają się z lingwistycznym brakiem tłumacze literatury „żałobnej”. Oby lektura „Bez skóry” ułatwiła żałobnikom umiejscowienie siebie w polszczyźnie.

We współczesnej kulturze często podkreślamy indywidualizm i samowystarczalność. Czy strata bliskich nie przypomina nam boleśnie, że tak naprawdę przetrwamy tylko dzięki innym?

Ewa Kuryluk powiedziała mi pamiętnego wieczoru dwie mądrości: „Nie podejmuj ważnych decyzji” i „Teraz zobaczysz, ile kto jest wart”. Miała rację. Większość osób wokół mnie okazała się warta złota. Sąsiedzi, których wcale dobrze nie znałam, wzięli sprawy w swoje ręce. Koleżanki z wczesnej młodości stawiły się bez pytania.

Strata jest momentem granicznym, kiedy dużo dowiadujemy się o sobie i naszym otoczeniu. Gdyby nie był tak tragiczny, powiedziałabym, że to bardzo ciekawy czas.

Czy konsultowała się Pani z lekarzem lub innym specjalistą medycznym?

Nazajutrz po wiadomości o śmierci Marcina zadzwoniłam do psychiatry, który przepisał mi lek „na wyciszenie”. Nie wyobrażałam sobie, żebym nie szukała pomocy. Dopiero kilka dni temu zmniejszyłam dawkę.

Pisze Pani także o tym, jak rozmawiać z ludźmi w żałobie. Dlaczego jako społeczeństwo tak bardzo boimy się mówić o stracie? Czy są może jakieś konkretne słowa bądź sformułowania, które powinny zniknąć z naszego słownika?

Kiedy podzieliłam się na Facebooku wiadomością o śmierci, w komentarzach pojawiały się bezmyślne formułki „Rest in Peace”, „Serdeczne kondolencje”, itd. Co do strasznej chwili – gdy wobec tego, co się stało, buntuje się każda cząstka naszego ciała – ma „spoczywanie w spokoju”? Potem pojawiły się równie raniące: „Swoje przeżył”, „Miał ciekawe życie”, „Nie był już najmłodszy”, „Pan Bóg powołuje do siebie ludzi w odpowiednim momencie”. Rada główna to słuchać i oferować konkretną pomoc, a jeszcze lepiej po prostu działać. Sąsiedzi codziennie mi gotowali i raz na tydzień piekli chleb. Bez pytania, czy może bym coś zjadła. Przede wszystkim jednak nie pouczać i nie powtarzać tego, co „zwykle mówi się w takich sytuacjach”.

Rok temu tragicznie zginął brat mojej przyjaciółki. Dowiedziałam się nocą. Zadzwoniłam o świcie, bo czas się liczy. Osoba pogrążona w rozpaczy może nie odebrać telefonu, nie odpowiedzieć na wiadomość, nie wpuścić do domu. Ale każde wyciągnięcie ręki koi ból.

Jestem też ciekawa, jak w różnych kulturach podchodzono do tematu żałoby. Jak to wygląda z Pani doświadczenia?

Dużo piszę o tych różnicach. Ja jednak mam wszędzie podobną przyjacielską bańkę. Francuzi mówią o „stu dniach łaski” zaraz po stracie, kiedy jest się traktowanym na specjalnych prawach. Po ich upływie łaska się kończy i wszyscy wracają do swoich spraw. Ja miałam szczęście doznania łaski przedłużonej przez wyjazd do Stanów, gdzie tę setkę zaczęliśmy liczyć od nowa.

Jedna rzecz zdumiała moją bańkę amerykańską. Na YouTube jest piętnastominutowe nagranie z pożegnania Marcina na Starych Powązkach. Oglądający je Amerykanie nie mogli się nadziwić, że pracownicy domu pogrzebowego schodzą do wnętrza przedwojennego grobowca, żeby wstawić tam urnę. Taka makabra tylko w Europie!

Agnieszka Taborska wywiadzie dla RadioPogoda.pl
fot. Fot. Tomasz Kaczor / Agnieszka Taborska wywiadzie dla RadioPogoda.pl

Bardzo poruszyła mnie historia kobiety, która bez celu jeździła nowojorskim metrem tylko po to, by raz jeszcze usłyszeć głos zmarłego męża. Czy Pani również miała taki rytuał?

Nie. Najważniejsze były i są dla mnie spotkania w snach.

Jak Pani zauważa, Brigitte Giraud potrzebowała niemal dwóch dekad, by zmierzyć się z natrętnymi pytaniami o przeszłość i niekończącymi się „co by było, gdyby”. Czy żałoba rzeczywiście poddaje się jakiemuś kalendarzowi? Czy może jest ona nieskończona?

Giraud chciała wiedzieć jak najwięcej: czytała gazety z tamtego dnia, mierzyła metry, które zdecydowały o wypadku, gdy jechał na motorze. Ja chciałam wiedzieć jak najmniej. Poznawszy przyczynę śmierci, nie odebrałam nawet z prokuratury opisu sekcji zwłok.

Proces „dochodzenia do siebie” dla każdej i każdego jest inny. Przyjaciółka opłakiwała męża przez cztery lata, po czym pewnego ranka obudziła się wyzwolona. Inna czuła, że będzie cierpieć pięć lat i tak się stało. Koleżanka po śmierci wnuka zapewnia, że im dalej, tym gorzej.

To sinusoida. Jednego dnia wydaje nam się, że wszystko jest już za nami, po czym okazuje się, że wcale nie. Wiktoriańska Anglia kazała kobietom chodzić w czerni, nosić tak zwaną woalkę łez i przez rok nie przyjmować zaproszeń ani nie zapraszać do siebie gości.

Po śmierci mojej babki mama nosiła czarną opaskę. Nie wiem, na ile była przejawem podporządkowania się konwencji. Ja takiej potrzeby nie czułam.

Ostatnio na Górach Literatury świętowaliśmy wydanie książki „Facet w zadymie. Przyjaciele dla Marcina Giżyckiego”. Złożyły się na nią wspomnienia, obrazy, rysunki, fotografie, kolaże, wierszyki. W spotkaniu uczestniczyli Anda Rottenberg, Agnieszka Holland, Magda Barbaruk i

Jakub Fereński. Chcąc przełamać powagę tematu, ubrałam się najbardziej kolorowo z towarzystwa. Tak jak okładka „Bez skóry” w duchu Fridy Kahlo stoi w kontrze do treści (choć wiele jest w tej książce momentów zabawnych).

Co naprawdę kryje się w książce „Bez skóry”? 

Czy życie „bez skóry” jest stanem permanentnym, czy może z czasem zyskujemy pancerz i stajemy się silniejsi?

Kilka dni po śmierci Marcina obudziłam się z okiem koloru zachodzącego słońca. Okulistka powiedziała oczywiście, że to wynik stresu, wielodniowego płaczu i tarcia oka. Na koniec dodała banał, który padł we właściwej chwili: „Oby to doświadczenie uczyniło Panią silniejszą”. Uczyniło. Zyskałam dystans do stresujących dawniej spraw. Teraz gdy podczas wykładu wysiada mi technika, nie bardzo się przejmuję. Podobnie jest ze smogiem, hałasem z arterii, ludzkimi utarczkami. Wszystko jawi się w innych proporcjach.

Jeśli miałaby Pani podarować „Bez skóry” jednej osobie, komu by ją Pani dała i dlaczego?

Tacie. Książka jest nie tylko o mnie i Marcinie, ale też o nas. Po śmierciach Marcina i mamy bardzo się do siebie zbliżyliśmy. Jego lektura będzie najważniejsza.

Dziękuję bardzo za rozmowę.

I ja.

Premierę „Bez skóry. Jak rozmawiać z ludźmi w żałobie” zaplanowano na 26 sierpnia 2026 r.
fot. Fot. Tomasz Kaczor / Premierę „Bez skóry. Jak rozmawiać z ludźmi w żałobie” zaplanowano na 26 sierpnia 2026 r.

Źródła: RadioPogoda.pl