Ta piosenka miała być pastiszem. Prawie nikt nie zrozumiał żartu
Chariklia, zwana Franką, czyli żona Andrzeja Sikorowskiego, odegrała kluczową rolę w powstaniu piosenki. Greczynka z pochodzenia, wprowadziła Sikorowskiego w świat swojej rodziny i kultury. W 1978 roku para wybrała się na wakacje do Grecji. W Atenach narzeczeni zatrzymali się u brata Franki, który sam miał muzyczne doświadczenie – niegdyś grał w zespole, który występował przed koncertami Ewy Demarczyk.
Sikorowski wspomina tę podróż jako wyjątkową. "Było bardzo pięknie i egzotycznie, bo pierwszy raz obcowałem z takim błękitnym niebem, ciepłym morzem. Głównie oddawałem się kąpielom i opalaniu, żeby „złapać kolor” i móc potem zaimponować kolegom" – opowiadał.
Jednak brak literatury czy znajomości greckiego sprawił, że znalazł inną rozrywkę: płytotekę swojego przyszłego szwagra. Wśród płyt, które przywiózł szwagier z Polski, szczególnie wyróżniały się nagrania Hanki Ordonówny – ikony przedwojennej piosenki literackiej.
Ten film z lat 60. był hitem. Niewielu pamięta, że mógł napisać historię
Hanka Ordonówna i ironia losu
Sikorowski analizował utwory z wielkim sentymentem, ale jednocześnie dostrzegł ich przesadną emocjonalność.
Pisali dla niej najwybitniejsi autorzy, ale jak tak, po wielokrotnym przesłuchaniu, przeanalizowałem całość, to nachodziła mnie refleksja, że wszystkie te piosenki są strasznie łzawe, ckliwe. Że wszystkie są o miłości. Zawiedzionej, nieszczęśliwej. Krótko mówiąc - ociekały łzami -wspominał.
Sikorowski postanowił więc stworzyć pastisz i "wyśmiać takie podejście, ironicznie odnieść do tych wszystkich tekstów o kwiatkach, ptaszkach i zawiedzionej miłości". Tak powstał pomysł na "Bardzo smutną piosenkę retro" – utwór utrzymany w konwencji starego tanga, pełen ironicznych odniesień do stereotypowych tematów miłosnych.
Pomysł zaczął nabierać kształtów jeszcze w Grecji, gdzie przy pomocy gitary szwagra Sikorowski skomponował melodię. Opalony i pełen wątpliwości co do swojego dzieła powrócił do Krakowa. Tam koledzy z zespołu Pod Budą, a szczególnie gitarzysta Jan Hnatowicz, pomogli dopracować utwór.
Ten spektakl rozwścieczył komunistów. Tak Polacy na zawsze zmienili historię
Niezrozumiany żart Sikorowskiego
Pierwsze publiczne wykonanie odbyło się podczas programu "Spotkania z balladą". "Zimową porą 1979 roku po raz pierwszy zaprezentowaliśmy utwór przed publicznością i ekipą telewizyjną. Ku mojemu zdziwieniu, wszyscy od razu zaczęli go nucić. Przekonywali nas, że to będzie hit" – wspomina Sikorowski.
Mieli rację. Utwór szybko trafił na radiowe anteny i wygrał plebiscyt "Studia Gama", co otworzyło mu drogę na prestiżowy festiwal w Opolu. To tam publiczność wręcz wymusiła na jury oklaskami przyznanie nagrody zespołowi.
Sukces piosenki okazał się jednak dla jej autora nieco kłopotliwy. "Chciałem obśmiać wszystkie liryczne, głupawe, łzawe piosenki, a sam stworzyłem kolejną taką piosenkę. Stała się lirycznym »gnieciuchem«" – mówił Sikorowski z lekką irytacją. Mimo ironicznego zamysłu słuchacze pokochali piosenkę za jej melancholijny klimat i piękną melodię. Utwór nie tylko stał się symbolem stylu zespołu Pod Budą, ale także ugruntował pozycję grupy na polskiej scenie muzycznej.
Kliknij tutaj i słuchaj naszego radia na żywo bez żadnych opłat na RadioPogoda.pl!