W PRL był synonimem luksusu. Stał się pułapką bez wyjścia
Helena Buczyńska, jedna z najbardziej charakterystycznych aktorek przedwojennego kina i teatru, urodziła się 2 grudnia 1894 roku. Zmarła podczas rejsu "Batorego", gdy pozornie niegroźny upadek uruchomił dramatyczny bieg wydarzeń.
- Helena Buczyńska przyszła na świat 2 grudnia 1894 roku.
- Podczas podróży statkiem pasażerskim uległa drobnemu wypadkowi w czytelni.
- Mimo dobrego samopoczucia po wypadku, zmarła tuż przed wejściem statku do portu.
2 grudnia 1894 roku urodziła się Helena Buczyńska - aktorka o niezwykłym poczuciu humoru i wdzięku, która jeszcze przed wojną była jedną z najbardziej charakterystycznych postaci polskiego kina i teatru. Widzowie pamiętali ją z gwarnych, energicznych epizodów, kobiet pobożnych aż do przesady, ciotek wszystkowiedzących, dam prezesowych w lekkim rozedrganiu, a także sprytnych przekupek.
Rozwiąż quiz. Jesteś mistrzem, jeśli zgarniesz 100 proc. punktów! Dalszą część artykułu znajdziesz pod quizem...
Quiz: Quiz. Najzdolniejsze aktorki polskiego kina. Prawdziwy kinoman musi zdobyć 19/20
W filmach takich jak "Znachor" (1937), "Dziewczęta z Nowolipek", "Profesor Wilczur", "Włóczęgi" czy "Kalosze szczęścia" Helena Buczyńska potrafiła zbudować postaci, które błyskawicznie zapadały w pamięć. Choć często grała epizody, jej charyzma była większa niż niejedna rola pierwszoplanowa.
Helena Buczyńska wracała od rodziny w Anglii
W grudniu 1957 roku Helena Buczyńska wsiadła na pokład jednego z najbardziej znanych polskich statków pasażerskich – MS "Batorego". Wtedy to odnowiony i dumnie prezentujący się po czteromiesięcznym remoncie flagowy liniowiec PLO wrócił na północnoatlantycką trasę. "Stoczniowcy niemieccy pod kierownictwem polskich architektów i plastyków doprowadzili »Batorego« do poziomu prawdziwej jednostki transatlantyckiej" - pisała prasa, podkreślając ogrom zmian.
Statek wracał na prestiżową trasę w stronę Kanady, a zainteresowanie nim, zwłaszcza ze strony Polonii, było ogromne. Wśród pasażerów nie mogło zabraknąć więc także jej. Pogodnej, rozpoznawalnej, wracającej z wizyty u rodziny w Anglii Heleny Buczyńskiej. Wsiadła na liniowiec w Southampton i zajęła kabinę nr 13 na pokładzie łodziowym, nie przypuszczając, że będzie to ostatnia podróż w jej życiu.
Szukała towarzysza do rozmowy
19 grudnia pogoda nie sprzyjała. Zimowy Atlantyk potrafił pokazać pazury, a "Batory" od pierwszej podróży w 1936 roku nie należał do najbardziej statecznych jednostek. Przechyły, początkowo niewielkie, rosły z każdą godziną. Załoga, choć nie otrzymała z lądu radiowych ostrzeżeń sztormowych, podjęła standardowe procedury: przykręcono wszystkie meble w salonach, rozkładano gumowe chodniki, rozciągano na ścianach liny sztormowe. Zakazano też wychodzenia na odkryte pokłady, a windy zatrzymano do odwołania.
Helena Buczyńska, mimo że większość pasażerów zmagała się z chorobą morską, czuła się dobrze. Rankiem 20 grudnia opuściła swoją kabinę nr 13, licząc, że znajdzie kogoś do rozmowy. Salony jednak świeciły pustkami. Atmosferę potęgował półmrok zimowego dnia i odgłosy przesuwanych przez fale sprzętów. W końcu aktorka zajrzała do czytelni pierwszej klasy.
Właśnie tam, w tej pozornie spokojnej przestrzeni, doszło do wypadku. Mocniejszy przechył, o blisko 23 stopnie, przewrócił lekkie krzesełko, a wraz z nim aktorkę. Była przytomna, narzekała na ból ramienia i głowy, i poprosiła o odprowadzenie do lekarza. Lekarz, dr Władysław Sarnecki, stwierdził złamanie lewego obojczyka, lecz nie zauważył obrażeń głowy.
Poruszała się po szpitaliku przy pomocy pielęgniarki, uśmiechała się, odpowiadając mi pytaniem na pytanie – co właściwie kobieta powinna w takim wypadku zrobić? Zemdleć czy się uśmiechać? Komplementowałem jej, odpowiedziałem, że z pani dzielna kobieta. Poza tym wyjaśniła mi, że czytała w czytelni książkę przy stole i z chwilą przechyłu statku, trzymając książkę w ręku, upadła na lewe ramię. Gdyby miała książkę na stole, zdążyłaby uchwycić się stołu i nie doszłoby do wypadku - wspominał starszy ochmistrz Henryk Szenk.
Nie zdążyli dobić do portu
Helena Buczyńska, wciąż dowcipna i dzielna, próbowała bagatelizować zdarzenie. Mimo nalegań odmówiła pozostania w szpitalu i chciała wrócić do kabiny. Nikt wtedy nie wiedział, że w jej organizmie kryła się tykająca bomba - tętniak, który mógł pęknąć w każdej chwili. Kilka godzin później jej stan nagle się pogorszył. Silny ból głowy, senność, atak drgawek.
Dr Sarnecki opisywał później dramatyczną walkę o jej życie: chłodzenie lodem, zastrzyki lobeliny i kardiamidu, sztuczne oddychanie, "pienista ślina". Załoga robiła wszystko, by jak najszybciej przekazać ją w ręce szpitala na lądzie. Pielęgniarki i stewardzi nieśli ją po stromych schodach, podczas gdy statek wciąż kołysał. Kopenhagę powiadomił oficer nawigacyjny Ludwik Gregorowicz, pełniący wówczas wachtę:
Dnia 20 XII 1957 r. o godz. 15:00 GMT na polecenie Kapitana nadałem radiotelegram służbowy do POLAMERYKA w Kopenhadze w celu zorganizowania transportacji z miejsca zakotwiczenia w Kopenhadze chorej pasażerki do szpitala.Godz. 17.08 GMT odebrałem radiotelegram służbowy z POLAMERYKA w Kopenhadze, potwierdzający przybycie motorówki sanitarnej do burty statku.
O 23:45, niemal u wejścia do portu w Kopenhadze, aktorka odeszła w wyniku wylewu krwi do mózgu. Kapitan odwołał przygotowania do zdania chorej i wysłał dramatycznie brzmiący meldunek: "Pasażerka Helena Buczyńska zmarła 20 grudnia godz. 23:45. Aktorka Teatru Komedia na Żoliborzu w Warszawie" – głosił telegram wysłany do PLO.
Sekcja zwłok nie pozostawiła wątpliwości: śmierć nastąpiła w wyniku pęknięcia tętniaka. Ból i stres po upadku mogły jedynie przyspieszyć tragedię, ale nie były jej bezpośrednim powodem. Nie obwiniono nikogo, choć dochodzenie wykazało błędy konstrukcyjne wyposażenia.
Źródło: "Helena Buczyńska. Śmierć na transatlantyku"/Stare-Kino.pl