Polka, która występowała z Sinatrą. "Nikt mnie nie kocha"
Jej głos był aksamitny, głęboki, hipnotyzujący, a życie to gotowy scenariusz na film. 5 grudnia mija 14. rocznica śmierci Violetty Villas. Diwa, która jeździła białym mercedesem po Hollywood, odeszła w ciszy, chłodzie i zapomnieniu.
- Violetta Villas była uważana za artystkę absolutną i genialną.
- Krytycy docenili niesamowity 4-oktawowy sopran piosenkarki.
- Ostatnie dni Villas w Lewinie Kłodzkim to materiał na dramat.
Dla jednych była "polską Ymą Sumac" i artystką absolutną. Dla innych – synonimem kiczu i bohaterką tabloidów. Dziś, z perspektywy 14 lat od jej tragicznej śmierci, coraz wyraźniej widzimy w niej nie tylko ekscentryczkę, ale genialną wokalistkę, którą zniszczył ciężar własnej legendy.
Rozwiąż quiz. Jesteś mistrzem, jeśli zgarniesz 100 proc. punktów! Dalszą część artykułu znajdziesz pod quizem…
Quiz: Najpiękniejsze melodie Violetty Villas. Mniej niż 12/20 to wstyd
Amerykański sen Czesławy. Sława nie przyszła od razu
Urodzona w Belgii jako Czesława Cieślak przybrała pseudonim, by podbić świat. Wszystko niemal się udało. W latach 60. była gwiazdą Casino de Paris w Las Vegas. Śpiewała na jednej scenie z Frankiem Sinatrą i Paulem Anką. Krytycy za oceanem nie mogli nadziwić się jej 4-oktawowemu sopranowi koloraturowemu.
Dlaczego wróciła do Polski? Oficjalnie z tęsknoty za chorą matką. Nieoficjalnie: mówi się o presji służb i skomplikowanej osobowości artystki. W Polsce jej suknie z piórami i burza blond loków budziły sensację. Ale gdy zaczynała śpiewać "List do matki" czy "Oczy czarne", milkli nawet najwięksi sceptycy.
O fenomenie Villas najcelniej mówili ci, którzy poznali ją z bliska. Jerzy Waldorff, legendarny krytyk muzyczny, który początkowo patrzył na nią z dystansem, ostatecznie stał się jej wielkim obrońcą. W jednym ze swoich felietonów nazwał ją bez wahania "największym i najbardziej zmarnowanym talentem powojennej Polski", ubolewając, że rodzimy show-biznes nie potrafił udźwignąć diwy takiego formatu.
Głośny spadek na dno. Mroczny finał w Lewinie Kłodzkim
Ostatnie lata życia Violetty Villas to materiał na mroczny dramat. Odcięta od świata w swoim domu w Lewinie Kłodzkim, otoczona mnóstwem zwierząt, traciła kontakt z rzeczywistością. Relacje z rodziną były zerwane, a pełną kontrolę nad życiem gwiazdy przejęła jej opiekunka Elżbieta B.
5 grudnia 2011 roku Polska wstrzymała oddech. Violetta Villas, która kiedyś pławiła się w luksusie, została znaleziona martwa w warunkach urągających godności: w nieogrzewanym pokoju, skrajnie zaniedbana, ze złamaną kością udową.
Jak się później okazało, za blaskiem fleszy krył się dramat Czesławy Gospodarek. Biografowie artystki, Iza Michalewicz i Jerzy Danilenko w książce "Villas. Nic przecież nie mam do ukrycia", odsłonili kulisy jej życia, w którym tłumy na koncertach kontrastowały z przerażającą pustką w domu. W jednym z ostatnich wywiadów gwiazda wyznała gorzko: "Na estradzie jestem królową, w domu jestem nikim. Nikt mnie nie kocha dla mnie samej, tylko dla Violetty Villas".
Śmierć artystki zapoczątkowała głośną batalię sądową. Sekcja zwłok wykazała wyniszczenie organizmu, a opiekunka Elżbieta B. została ostatecznie skazana na 1,5 roku więzienia za psychiczne i fizyczne znęcanie się nad gwiazdą.