Marek Kondrat wspomina grę z Wilhelmim. "Nie szczędził mi razów"
Marek Kondrat miał zaledwie 25 lat, gdy odbyła się światowa premiera "Zaklętych rewirów" na festiwalu w Berlinie. Artysta zagrał główną rolę - Romana Boryczki, która zapewniła mu uznanie widzów. Wraz z nim, w produkcji wystąpił także Roman Wilhelmi, wcielający się w postać brutalnego kelnera - Roberta Fornalskiego. Drugi z aktorów doczekał się niedawno biografii, autorstwa Magdaleny Jaros. 73-latek zabrał w niej głos i uchylił rąbka tajemnicy na temat kulis kultowej produkcji. Jak wyglądała współpraca obu panów?
Zagrał u boku Romana Wilhelmiego. Tak wspomina ten czas
Produkcja "Zaklęte rewiry", opowiada perypetie młodego i naiwnego chłopaka, który przybył do Krakowa z prowincji. Zatrudnił się on w prestiżowej restauracji hotelu "Pacyfik". Otworzył się przed nim wówczas nowy świat - pełen dziwnych zakazów, nakazów oraz kar. Film przedstawia trudną drogę na sam szczyt kelnerskiej profesji.
Zobacz także: To dlatego Ewa Bem odwołuje koncerty. Artystka ma problemy zdrowotne
"Zaklęte rewiry" zebrały znakomite recenzje, a Romana Wilhelmiego nagrodzono Złotymi Lwami za osiągnięcia aktorskie. Uwagę dziennikarzy oraz krytyków skupił na sobie także Marek Kondrat, który wykreował głównego bohatera. Tygodnik "Film" nagrodził go statuetką za najlepszy debiut.
Roman Wilhelmi świetnie odnalazł się w filmie w roli złośliwego kelnera. W pracy wymagał stuprocentowego poświęcenia się swej postaci. Domagał się tego także od pozostałych aktorów. Co więcej, nie dbał o przyjazną atmosferę na planie. Nie starał się nawet, by być sympatycznym i uprzejmym.
Marek Kondrat w szczerym wyznaniu o Wilhelmim
Romek był niesłychanie egocentryczny. Nie zawierał dogłębnych przyjaźni, chodził własnymi ścieżkami. A jeżeli już, kojarzył się i kombinował towarzysko z ludźmi, którzy nie stronili od alkoholu, jak z Boguszem Bilewskim. To byli wagabundzi, ludzie stawiający na koloryt i ekspresję życia – wspominał Marek Kondrat biografii Romana Wilhelmiego autorstwa Magdaleny Jaros, zatytułowanej "Anioł i twardziel".
Aktor wyznał, że podczas nagrywania sceny, w której grozi kierownikowi sali, miały miejsce prawdziwe "rękoczyny". Wilhelmi chciał, by wyglądało to wiarygodnie.
Spodziewałem się, że to nie będą pieszczoty, i się nie pomyliłem. Romek nie szczędził mi razów! Zresztą tego wymagała sytuacja. Scena, którą pani przypomniała, doskonale oddaje realia zawodu kelnera. W tamtych czasach obowiązywała hierarchia i to pokazuje nasz film. To był świat, który pozbawiał ludzi uczuć, empatii - wyznał aktor.
Kliknij tutaj i słuchaj naszego radia na żywo bez żadnych opłat na radiopogoda.pl!