Nie tego spodziewałam się po filmie "Violetta Villas". Te sceny mnie rozczarowały
O Violetcie Villas nie da się mówić zwyczajnie, bo zwyczajna nie była - mniej więcej takie hasło, przyświetlało mojemu seansowi filmu "Violetta Villas". Nie mogę jednak oprzeć się wrażeniu, że reżyserka zbyt powierzchownie potraktowała historię wokalistki, której nazwisko, na przestrzeni lat urosło do rangi legendy. Recenzja filmu.
- Film "Violetta Villas" bierze udział w Konkursie Głównym 51. FPFF.
- W ramach festiwalu produkcję można zobaczyć przedpremierowo.
- Fabularny debiut reżyserki Karoliny Bielawskiej nieco rozczarowuje.
W tym roku po raz kolejny miałam okazję uczestniczyć w Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. W szerokiej gamie propozycji 51. edycji imprezy znalazły się filmy historyczne, dramaty społeczne, a także produkcję biograficzne. Taką właśnie jest "Violetta Villas", czyli film, który niestety nieco mnie rozczarował.
Jak wcześniej zapowiadano, punktem wyjścia w filmie jest relacja gwiazdy z jej synem Krzysztofem Gospodarkiem. Ten jako dorastający chłopiec przez lata obserwował narodziny kariery matki, jej kluczowe momenty, oraz późniejsze zmagania gwiazdy. To właśnie z jego perspektywy obserwujmy życie wokalistki. Z założenia pomysł ciekawy, bo nadaje widzom innej perspektywy. W praktyce jednak momentami nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że film sam nie wie, czyją historię opowiada - polskiej ikony, czy jej syna.
Recenzja filmu "Violetta Villas". Czy to na pewno film o legendzie?
Violettę Villas (graną przez fantastyczną Sandrę Drzymalską) poznajemy w drugiej połowie lat 50. zeszłego stulecia. Gwiazda, która za jakiś czas stanie się jedną z najsłynniejszych polskich wokalistek w historii, opuszcza rodzinny dom i małego syna, by spróbować swoich sił na scenie. Gdy po kilku latach wraca do domu, Krzysztof nie wie na jej temat nic – nawet tego, że ta jest jego matką.
W miarę jak fabuła się rozwija, Krzysztof Gospodarek (w tej roli na różnych etapach życia chłopca grają go Kazimierz Radziejewski, Antoni Rembelski i Antoni Tyszkiewicz) dorasta, a Violetta Villas zdobywa coraz większą sławę, reżyserka - debiutująca w fabule Karolina Bielawska - nieco się gubi. Wysoko zawieszona poprzeczka próby przeniesienia na ekran historii jednej z ikon polskiej piosenki chyba okazała się jednak zbyt wysoka.
Mimo że Karolina Bielawska pokazuje kolejne wydarzenia z życia gwiazdy, ale nie pozwala widzowi naprawdę zrozumieć motywacji Villas - dylematów, z jakimi ta się mierzy i ceny, jaką zapłaciła za sławę. Film przypomina bardziej ilustrację biografii, odchaczanie kolejnych fragmentów z jej życia, niż historię, która ma budować z widzem więź i pokazywać wokalistkę taką, jaka naprawdę była.
Przewodnik po życiu ikony polskiej piosenki czy główny bohater filmu?
Krzysztof Gospodarek, który miał być naszym przewodnikiem po historii o swojej matce, nieco zbyt często wysuwa się na pierwszy plan. Nie jest to coś, czego oczekiwałam. Historia Violetty Villas jest skomplikowana, pełna zawiłości i miejskich legend. Myślałam, że choć część z nich zostanie w filmie rozwikłana. Tymczasem w filmie "Violetta Villas" nie zostaje poruszone nic, o czym fan wokalistki, by nie widział.
Zamysł przedstawienia historii z perspektywy chłopca, choć ciekawy, momentami zmienia się o historię o nim samym, nie o Violetcie Villas.
Rozczarowaniem były także dla mnie sceny, w których Sandra Drzymalska staje na scenie i śpiewa głosem Violetty Villas. Te choć widowiskowe, nie są pozbawione błędów technicznych. Być może to tylko moje mylne wrażenie, jednak w niektórych ujęciach zawiodła synchronizacja dźwięku z obrazem. Bolesne, jak na film o legendzie kina.
Czymś, co z kolei zachwyca, jest muzyka. Największe przeboje Violetty Villas wybrzmiały w nowych aranżacjach autorstwa Marcina Maseckiego i były znakomite. Za serce szczególnie chwycił mnie odtworzony na sam koniec filmu utwór "Do Ciebie, mamo". Piosenkę w nieoczywistym duecie z Villas zaśpiewał Michał Szpak.
Ogromnym atutem filmu jest również gra aktorska Sandry Drzymalskiej. Aktorka, która w tym roku na ekranie pojawiła się także jako "Izabela Łęcka" w nowej "Lalce", wiarygodnie oddaje charyzmę i sceniczną osobowość Villas. Tak, gdzie scenariusz nie dojeżdża, aktorka podtrzymuje film.
"Violetta Villas" film zbyt zwyczajny, by dogonić artystkę
W moim odczuciu z historii o takiej postaci jak Violetta Villas, można było wydobyć znacznie więcej. Tak, jak wielkie i przepełnione było życie artystki. Film, który był jedną z najbardziej wyczekiwanych przeze mnie pozycji na tegorocznym festiwalu filmowym w Gdyni, okazał się rozczarowaniem, a szkoda, bo potencjał był ogromny.
Najprościej mówiąc: film jest zbyt zwyczajny, by dogonić artystkę, której do "zwyczajności" było daleko.
6/10, za podjęcie wyzwania
Źródła: RadioPogoda.pl