Polki w centrum tajnych operacji kontrwywiadu. "Pokój z wejściem przez szafę"
Dziennikarz Tomasz Awłasewicz w swoim nowym reportażu sięga po temat polskich służb specjalnych. W "Łowczyniach szpiegów" nie tylko odkrywa tajemnicę kontrwywiadu czy też skupia się na zimnowojennej rozgrywce Polski z CIA, ale przede wszystkim opowiada o weterankach z Biura "B". "Wielu Amerykanów mieszkało na Mokotowie: na Miłobędzkiej, przy Idzikowskiego, przy Królikarni. Koło Filtrów na Ochocie, w Wilanowie i Aninie, i w wielu, wielu innych miejscach" – powiedziała autorowi jedna z bohaterek książki, Agnieszka.
- Tomasz Awłasewicz, dziennikarz, pisarz i szkoleniowiec, napisał reportaż o kobietach w polskim kontrwywiadzie.
- Książka "Łowczynie szpiegów" z 2026 roku opowiada o kulisach działalności Biura "B".
- W tym artykule prezentujemy fragment lektury z rozdziału "Pokój z wejściem przez szafę".
Tomasz Awłasewicz jest dziennikarzem, pisarzem, ekspertem ds. służb specjalnych i autorem trzech książek o polskich służbach specjalnych. W 2020 roku ukazał się jego pierwszy reportaż pod nazwą "Łowcy szpiegów", a w 2021 roku – "Niewidzialni".
Natomiast na początku 2026 roku na rynku wydawniczym zadebiutowała książka o kobietach w męskim świecie kontrwywiadu - "Łowczynie szpiegów". W poniższym artykule prezentujemy fragment reportażu autorstwa Tomasza Awłasewicza "Łowczynie szpiegów" z 2026 roku. Pozycja ukazała się nakładem Wydawnictwa Znak.
"Pokój z wejściem przez szafę" i tajemnice szpiegów. Oto fragment książki "Łowczynie szpiegów"
Agnieszka: W ogólnym rozrachunku, mimo żonglerki figurantami, można powiedzieć, że Amerykanie byli porządnie przypilnowani, co miało wyraźne odzwierciedlenie w sukcesach polskiego kontrwywiadu. Mieszkali oni w kilku zakątkach Warszawy, przy czym, podobnie jak w innych ambasadach, przeważnie były to miejsca stałe. Gdy jeden dyplomata wracał do USA, kolejny, przyjeżdżający w jego miejsce, często zajmował to samo mieszkanie lub dom. Dlatego dobrze znaliśmy te punkty, to było spore ułatwienie. Wielu Amerykanów mieszkało na Mokotowie: na Miłobędzkiej, przy Idzikowskiego, przy Królikarni. Koło Filtrów na Ochocie, w Wilanowie i Aninie, i w wielu, wielu innych miejscach. To była duża placówka, wielu pracowników. […]
Ewa: Stałe adresy i stałe zlecenia, czyli powtarzający się figuranci, były fajne o tyle, że człowiek się do tych swoich Amerykanów przyzwyczajał. Doskonale znaliśmy rutynę figuranta: po jakimś czasie wiedzieliśmy już, jakie ma przyzwyczajenia, czy jeździ autem szybko czy wolno, kiedy wychodzi z domu, kiedy gasi światła, kiedy robi przerwę obiadową. Bez problemu rozpoznawało się też ludzi wokół niego, rodzinę, znajomych. Nie było już wytężania wzroku, jak przy nowym figurancie, i obawy, że osoba, z którą gada, to nowa postać i trzeba ustalić jej miejsce zamieszkania, potwierdzić tożsamość i tak dalej.
Nie można było dać się uśpić, gdy wszystko szło zgodnie z rutyną, niemniej bliższe poznanie figuranta i jego zwyczajów było zaletą. A zmiana w tej rutynie oznaczać mogła, że rezydentura CIA szykuje się do operacji z udziałem jakiegoś Polaka będącego ich agentem albo że chcą zostawić informację dla takiego agenta, chociażby poprzez narysowanie kredą znaku sygnalizacyjnego w charakterystycznym miejscu albo podrzucenie kontenera z materiałami. Możliwości było wiele.
Agnieszka: Amerykanie, i nie tylko oni, w momencie przygotowania do operacji działali grupowo. Chcieli, by w kluczowym dniu, w kluczowej chwili, utrudnić nam pracę i pomóc jednemu konkretnemu oficerowi CIA wykonać zadanie bez „ogona”. Dlatego dyplomaci i oficerowie służb wspólnie „wiązali” siły obserwacji. Czyli: był spokój, spokój, spokój, a potem wśród znacznej części pracowników ambasady nagle zaczynały się wycieczki, spacery z pieskiem, patrzenie na jedno drzewo przez pięć minut. Wszyscy nagle czuli nieodpartą potrzebę obcowania z naturą? Nie. To nie był przypadek, a my musieliśmy zachować zimną krew i nie dać się zauważyć głównej postaci tego przedstawienia, która przykładowo wrzucała do skrzynki list skierowany do swojego polskiego agenta. A nasza służba oczywiście ten list później wyjmowała i brała pod lupę adresata.
Z drugiej strony bywały sytuacje, w których celowo w trakcie zamieszania główną postać zostawialiśmy w spokoju i chodziliśmy tylko za Bogu ducha winnymi figurantami. O tym się nie mówiło głośno, bo obowiązywała tajemnica, ale oczywiste jest, że nasi zleceniodawcy z kontrwywiadu, chociażby naczelnik wydziału amerykańskiego generał Andrzej Kapkowski, nieraz kazali nam chodzić za kimś, kto nie miał nic wyjątkowego w planach. To nie była pomyłka, nie był to błąd, ale część planu, którego założeniem było sprawić, by Amerykanie widzieli, że w danym okresie nie obserwujemy ich kluczowych postaci, i tym samym sprowokować do wykonania jakiejś operacji, której szczegóły generał Kapkowski poznawał z innych źródeł niż obserwacja.
Za kulisami Biura "B". Niezwykłe sekrety polskiego kontrwywiadu
Ewa: Stałe zlecenia oznaczały, że czasem obserwowaliśmy kogoś przez parędziesiąt miesięcy. Ciekawe było, jak bardzo podczas pobytu w Polsce nasi Amerykanie się zmieniali, zwłaszcza młodzi dyplomaci. Widzieliśmy to przez lata z bliska. Ameryka Ameryką, ale jak oni przyjeżdżali, to wyglądali jak bidoki, a przy wyjeździe było pełne, jak to się mówi, „odpicowanie”. Garnitur wyjazdowy a garnitur wjazdowy to było jak niebo i ziemia. Amerykanie uwielbiali znany warszawski zakład krawiecki Tadeusza Zaremby, biegali po buty i kapelusze robione na zamówienie, kupowali kowarskie dywany, haftowane obrusy, kochali Cepelię i rękodzieło. […] A kiedy zaczynali kupować kryształy, można było dawać Departamentowi II znać, że szykują się do wyjazdu z Polski na dobre – zauważyliśmy taką prawidłowość.
Centrum wszystkiego stanowił dla nas budynek Ambasady USA na rogu Alei Ujazdowskich i Pięknej, obserwowany przez nas na okrągło. W jego okolicy mieliśmy stałe „pezety”.
Wokół ambasady były cztery główne punkty. Idąc od zachodu: w starej kamienicy pod adresem Piękna 11 znajdował się punkt o kryptonimie „Tramp-2”, który był obsługiwany przez nasz wydział i nierzadko mnie na niego wysyłano. To było duże, kilkupokojowe mieszkanie ze sporą kuchnią i łazienką, w którym w jednym z pomieszczeń zorganizowano stanowisko do obserwacji ambasady. Co ciekawe, do tego pokoju wchodziło się przez szafę – tak na wszelki wypadek. Gdyby na kontrolę w mieszkaniu przyszedł ktoś obcy, na przykład z gazowni, należało go wpuścić jak gdyby nigdy nic – wnętrze mieszkania przed szafą wyglądało normalnie. Natomiast w pomieszczeniu po drugiej stronie szafy stała wielka, jak ja to nazywam, luśnia – aparat z bardzo długim obiektywem. Z tego punktu obserwowaliśmy przede wszystkim bramę pod adresem Piękna 14B, czyli zachodni kraniec terenu ambasady.
Kolejny punkt zakryty, o kryptonimie „Taras”, „patrzył” na ambasadę jak gdyby od tyłu. Zorganizowany został na tyłach kamienicy przy ulicy Mokotowskiej, na samej górze wybito dodatkowe, niewinnie wyglądające okno, z którego było widać między innymi korty tenisowe ambasady i parking.
Tomasz Awłasewicz odsłania kulisy polskich służb specjalnych. "Nie można oderwać od obiektu wzroku"
Trzeci punkt zakryty miał kryptonim „Tramp-1” i znajdował się vis-à-vis wejścia do ambasady od ulicy Pięknej. To było mieszkanie na pierwszym piętrze, pełne elektroniki, z wyciszonymi ścianami. Byłam tam nieraz, ale zasadniczo nie obsługiwaliśmy tego punktu – zajmował się tym inny wydział, tak zwany punkciarski. Pracujący w nim funkcjonariusze, których nazywaliśmy punkciarzami, specjalizowali się w organizowaniu i obsłudze „pezetów” dla różnych wydziałów operacyjnych, dla nas też, jeśli zasygnalizowaliśmy im taką potrzebę. My zajmowaliśmy się obsługą tylko części takich punktów, organizowanych na określony czas.
Czwarty punkt zakryty w okolicy ambasady miał kryptonim "Muza" i znajdował się naprzeciwko głównego wejścia do ambasady, w Alejach Ujazdowskich, w pałacyku po drugiej stronie ulicy. [...]
Siedzenie na punkcie było nudne i, wbrew pozorom, stanowiło duży wysiłek. Nie można oderwać od obiektu wzroku, i to przez wiele godzin. Jeśli do ambasady wszedł jakiś człowiek, należało też uchwycić, jak wychodzi – przecież nie mógł wyparować, a jeśli nie wychodzi, to może oznacza, że jest oferentem, czyli człowiekiem, który wszedł do placówki i z własnej inicjatywy zaproponował CIA swoje usługi.
Wokół ambasady i tak było nieźle, bo „pezety” były w miarę cywilizowane. Inne punkty, z których prowadziliśmy obserwację, bywały – delikatnie mówiąc – marne.
Czasem „punkciarze” organizowali nam lokale ewidentnie na ilość, a nie na jakość. „Ooo, ale wspaniale tam widać” – chwalili jeden z punktów na Mokotowie, z którego mieliśmy obserwować pewną Amerykankę. Poszłam, a tam żeby cokolwiek zobaczyć, i to ledwo, pod kątem, musiałam siedzieć na wąskim parapecie. Punkty zakryte były często organizowane w zajmowanych przez cywili mieszkaniach. Naszą obecność tłumaczyło się na przykład potrzebą obserwacji złodzieja czy innego pospolitego kryminalisty (oczywiście nieistniejącego). Proszę sobie wyobrazić, że obok tego parapetu stała kozetka, na której spała starsza pani zajmująca to mieszkanie. Fajny punkt zakryty? No cudny.
Jak "kuchty" wspierały służby specjalne? "Była ważnym źródłem informacji "
To były ciężkie zmiany, chociaż siedzenie na punktach było mimo wszystko lżejszym zajęciem niż jazda autem czy bieganie po mieście, co było moim głównym zajęciem. [...]
W pobliżu miejsca zamieszkania każdego ze stałych figurantów był „pezet” i tam codziennie siedział funkcjonariusz z wydziału punkciarskiego – nawet w dni, gdy my nie mieliśmy tego figuranta pod lupą. Wszystko było zapisywane przez punkciarza: godziny wyjazdów, przyjazdów, wizyty gości. Dodatkowo mieliśmy w swojej strukturze komórkę, której pracownicy, głównie kobiety, odpowiedzialni byli za werbunek polskich gospoś pracujących u dyplomatów. Wiadomo, nie każda taka pomoc domowa w Polsce pracowała dla nas, ale jednak znaczna liczba tych pań została przez nas pozyskana. Zwerbowane gosposie nazywaliśmy „kuchtami”. Nie miało to być obraźliwe, po prostu tak się przyjęło w naszej gwarze. Tych „kucht” było tyle, że w obsługującym je wydziale czasem nie wystarczało ludzi do spotkań z nimi. Każda taka agentka w domu dyplomaty była ważnym źródłem informacji i trzeba je było szanować.
Źródła: RadioPogoda.pl, Tomasz Awłasewicz, "Łowczynie szpiegów", Wydawnictwo Znak, Kraków 2026